Znajdź mnie na Facebooku

Praca poniżej kwalifikacji.

Nie wierzyłem, że ta książka może być o mnie. Później trafiłem na rozdział zatytułowany „Gastro” i już wiedziałem o konieczności jej przeczytania. „Zawód” Kamila Fejfera nie tylko uświadomił mi, jak długa może być droga do osiągnięcia spokoju psychicznego, ale również to, że mogę go nigdy nie zaznać. 


Podzielona na dziesięć rozdziałów, na pozór lekka i przyjemna. W rzeczywistości zawiera wiele treści pozbawionych zbędnego owijania w bawełnę, folię bąbelkową i trociny. Beton rzeczywistości, jakim częstuje nas założyciel „Magazynu Porażka”, jest twardy i mokry. Można od niego dostać wilka, a już z pewnością bólu brzucha. 
W jednym z pierwszych akapitów czytamy:
„Monika po zmianie trwającej od dziewiętnastej do pierwszej w nocy przychodzi do domu, siada na łóżku i przez godzinę patrzy w ścianę, uspokajając oddech. W tym czasie znikają quesadille za 22,50, piwa pszeniczne, mojito i frytki”.

Kiedy przeczytałem to zdanie, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Potem pomyślałem, że biedna Monika umarłaby, gdyby postawiła się na moim miejscu jeszcze kilka miesięcy temu. „Przyjdź na jedenastą” - powiedział do mnie Robert, kiedy złapałem jedną z pierwszych prac w Krakowie. Wyszedłem zza baru o 5 rano. Zmiana trwała 18h. O dziewiątej dostałem telefon, czy mogę znów przyjść.

„Zawód” opowiada o trzydziestolatkach, którzy nie potrzebują wiele. Praca, o jakiej marzą to nie taka, która przyniesie im kilkanaście tysięcy złotych dochodu miesięcznie. Chodzi o to, żeby wykształcenie, kilkanaście kursów, mądry i młody umysł przyniosły więcej niż tylko zapierdalanie non stop i umowę zlecenie. Bez płatnego urlopu, złotówki emerytury i ciągłego stresu związanego z nieuregulowanym czynszem za mieszkanie i dwudziestoma złotymi do końca miesiąca.





Każda historia jest przejmująca, począwszy od ratownika medycznego, poprzez tłumacza, a skończywszy na dziewczynie, która z braku innego wyjścia została prostytutką. 
Od dłuższego czasu w płatnych postach na Fejsie dobijają się do nas kołcze, którzy z nienaturalnie wykrzywionymi ustami w kształcie uśmiechu mówią:

„Zmiana. Jest możliwa na każdym etapie życia. Każdy moment jest dobry. Nie wyrzucaj sobie, że powinieneś zrobić coś już dawno temu. Nie cofniesz czasu, więc przestań go tracić na rozpamiętywanie przeszłości”.
~ Mateusz Grzesiak

Zastanawiam się tylko, jak trzydziestolatek ze studiami wyższymi, kursami, stypendiami i otwartą głową ma myśleć o takich wzniosłych rzeczach, skoro dostał przelew na 1700zł. Zapłacił za mieszkanie, kupił bilet miesięczny,  poszedł do fryzjera, a teraz stoi przy czytniku cen w biedronce i zastanawia się, co kupić, bo na koncie zostało tylko dwie stówy.

Nie pozostaje mi nic innego, jak zacytować Ankę - bohaterkę książki, która została prostytutką:

„Dopiero jak zaczęłam pracować w zawodzie, przestałam się czuć w Polsce jak szmata”. 





07.10.2017
Tag :

Hamak - odcinek drugi

Kolejny odcinek blogonoweli - historii podzielonej na krótkie odcinki.

Odcinek pierwszy - link do pierwszego odcinka.







Czapka z daszkiem idealnie pasowała do jej długich, czarnych włosów. Miała trochę zbyt odważny makijaż, jak na niedzielne popołudnie, ale to wpasowywało się w jej styl - atencyjnej i przebojowej dwudziestolatki. Nowe buty odkrywające kostki stąpały pewnie po mokrym betonie katowickiego rynku. Rozglądała się i trochę zbyt szybko przeskakiwała z tematu na temat. Zatrzymali się, żeby pod parasolem odpalić papierosy. Jej wygląd sugerował, że nie na miejscu będzie pytanie, czy pali. Ktoś taki z pewnością to robi, więc Franek wyciągnął w jej kierunku paczkę z kilkoma Marlborro. Wyciągnęła jednego. Obok nich przetoczył się menel z reklamówką, której wygląd sugerował, że jest jej właścicielem od dłuższego czasu. 


- Pójdziemy na piwo, odechciało mi się kawy - powiedział Franek i zasłonił ręką zapalniczkę. 
- Jak sobie chcesz - odpowiedziała zadziornie. Deszcz nabierał konsystencji, a na ulicy zrobiło się pusto, jak na festynie rodzinnym w małej miejscowości. Buty nabierały ciemniejszego koloru od wilgoci. Po kilkunastu minutach dotarli do knajpy, przed którą kilku gówniarzy rozmawiało o nowym sezonie Gry o Tron. Zatęchłe i niewietrzone pomieszczenie pochłonęło zmokniętych dwudziestoparolatków. Wzięli po lanym, czeskim sikaczu i usiedli naprzeciwko siebie. Klimat ów miejsca odpowiadał herbaciarni, ale można tam było dostać nawet mohito, częściej wpierdol. Światło było stłumione, a muzyka zagłuszona przez krzyki ludzi zaabsorbowanych grą planszową. Barman ze skwaszoną miną zerkał co jakiś czas na salę i szeptał coś do swojej koleżanki, która widziała fryzjera i kosmetyczkę conajmniej rok temu. Ewidentnie się nudzili. Polerowali poszczerbione szklanki, które potrzebowały nabłyszczacza, jak facet przy barze detoksu. 


- Przyjechałam na studia z Rzeszowa, nie? Wyrwałam się trochę z tego kurwidołka - uśmiechnęła się i zrobiła trzysekundową pauzę -  a Krakowa nie lubię - powiedziała, jakby odpowiadała na niezadane pytanie -  Zero znajomych, zero zobowiązań, tylko nauka… Opowiedz lepiej o sobie, czy coś. 
- Jeśli oczekujesz, że ja powiem ci co tutaj robię, to się pomyliłaś. Siedzę tutaj z tobą przy tanim piwie i na kurewsko dużym kacu - wymusił uśmiech i poprawił się na niewygodnym krześle. Prowadzili wymuszoną rozmowę. W powietrzu czuć było, że coś jest nie tak. Wodzili wzrokiem, oglądali sufit i liczyli na nim lampy ze zwłokami komarów, muszek i większych owadów. Franciszek obracał wafel pod kuflem z końcówką niedobrego pilznera. Telefon cały czas wibrował mu w kieszeni. W knajpie zrobiło się duszno. Ktoś trącił kieliszek z wiśniówką. Najebani studenci nie patrząc pod nogi roznieśli alkohol po całej podłodze. Barmanka z wkurwioną miną poszła na zaplecze po mopa. Z głośników docierał głos Roguckiego. 

Rozmowa zeszła na tematy weekendowej imprezy, na której chyba się widzieli. Ona opowiadała o koleżankach, które pojechały nad jezioro. Cały czas kontrolowała telefon, jakby jedna pierdolona wiadomość miała zmienić jej całe dotychczasowe życie. Nagle obrócili głowy, jakby niewidzialne nitki w tym samym momencie zostały pociągnięte w bok. Powiew zimnego wiatru momentalnie przewietrzył zatęchłe pomieszczenie. 

Mokre włosy zaczesał palcami w bok, zdjął zaparowane okulary i popatrzył w stronę stolika, przy którym siedzieli. Franciszek rozpoznał go już po tym, jak z impetem otworzył drzwi. Był gruby, a jego oczy wskazywały na obłąkanie albo stężenie dużej ilości narkotyków w organizmie. Wsadził ręce do kieszeni, splunął na podłogę i podszedł do stolika, przy którym siedzieli. Nie pytając, wziął kufel Patrycji, wypił jego zawartość i zwrócił wzrok w stronę Franciszka.


- Wisisz mi kasę. 




wesoła

stawiasz na krawędzi 
życia nie da się wypuścić
dym unosi chęć

wyrywanie zębów
próchnica widziana
wczoraj wylana
z pracy herbata

wystygła
upadła 




23.06.2017

maraton

na czarnym biurku
nie można być trupem

młody pan
przystojny

co z tego
umieranie 

nawet bywa
przyjemnie
kiedy wiadomo
to już

od wewnątrz
zamykanie
światło, światło

ciemnieją drewniane okna 




19.05.2017
Tag :

Kamper (2016) - prawie recenzja

Przez Łukasza Grzegorzka zostajemy wrzuceni do kotła, w którym gotują się główni bohaterowie. Zostaje nam pokazana para z Warszawy, która dopiero po chwili orientuje się, że woda w kotle zaczyna wrzeć. Kamper (Piotr Żurawski) jest testerem gier - z dialogów możemy wywnioskować, że na stanowisku jakiegoś kierownika. W domu jednak nim nie jest. Młoda żona (Marta Nieradkiewicz) krzywi się na jego żarty, a czynności którymi Kamper się zajmuje bardziej przypominają zabawy nastolatka, niż poczynania dorosłego faceta. Chociaż mając na uwadze jego pracę, to leżenie na kanapie i granie w „Wiedźmina”, może mieć jakiś głębszy sens. Kurwowanie na internetowych kolegów z „Counter Strike’a” również. Kamper przegrywa jednak w jednej z najtrudniejszych gier na świecie - grze wstępnej. 

Niektóre zdjęcia bardziej przypominają nam oglądanie profesjonalnie nagranych momentów z życia znajomych, niż film. Jest to dużym atutem, a wręcz wisienką na torcie upieczonym przez grę aktorską, jaką możemy obserwować. Postaci są naturalne, widać w nich dużo cech wspólnych z dzisiejszymi trzydziestolatkami. Film nie boi się używać niecenzuralnych słów w różnych formach. Dialogi są podebrane z kawiarni, a nie z couchingowych książek o samorealizacji i niskobudżetowych telenoweli. 


Piwko i narkotyki aldente są wszechobecne. Bo jaki atrybut może wyciągnąć z kieszeni filmowy Kamper, jak nie browara i lolka? Nasz zabawowy bohater pewnego wieczoru postanawia schować się w szafie i wyskoczyć na niczego nieświadomą żonę, mając nadzieję, że ta od razu pójdzie z nim do łóżka i sprawi, że zapomni o poprzedniej nieudanej rozgrywce. Ona jednak postanawia mu powiedzie coś bardzo ważnego. Zdrada pojawia się w ich związku, jak tasiemiec. Wyżera od środka, chociaż Mania zapewnie, iż skończyła kontaktować się z kucharzem. Zapytacie pewnie, - jakim kucharzem?! Już tłumaczę. 

Mamy kontrast. Mamy Kampera. Mamy Marka Banę, granego przez Jacka Braciaka. Bo czym byłby polski film bez wyraźnego kontrastu, od którego aż mrużymy oczy? Mareczek jest siwym, dojrzałym mężczyzną. Wyróżnia go sława za sprawą programu telewizyjnego, w którym uczy ludzi gotować. Możemy przypuszczać, że oprócz tego prowadzi kursy, na którym poznał żonę Kampera. Tylko nierozsądna i głupia dziewczyna nie oddałaby się tej charyzmie i charakterowi na dywanie. Mania jednak taka nie jest i robi to, nie zważając na konsekwencje. 

Główny bohater, nie mogąc poradzić sobie z napięciem, spotyka się z korepetytorką języka hiszpańskiego. Ona raczej uczy go, jak to robić na hiszpana, aniżeli kolorów i liczb. Palą razem marihuanę, układają tarota i tańczą. Zajebiste rozwiązanie problemów swojego małżeństwa, ale czy w tej sytuacji ktoś znalazłby lepsze? 

Film dosadnie pokazuje problemy współczesnych trzydziestolatków. Ona potrzebuje silnej ręki prawdziwego faceta. On potrzebuje zabawy. Nie widzą jednak powodów dla których mieliby się nie rozstawać. Po seansie w mojej głowie pojawiło się jednak kilka niejasności. Czy wyczyn ułożonej Mani z bogatej rodziny był dojrzały? Bo jeśli nie, to dlaczego ocenia swojego partnera, jako niedojrzałego? Przecież pracuje na wyższym stanowisku w branży, która jednak przynosi spore pieniądze. Kucharz celebryta po każdym kursie ma przynajmniej jedną taką Manię na dywanie. I dymanie na dywanie. Po wszystkim zapomina i wraca na kursy, maczając palce w niejednym sosie. 



Podśpiewywanie Pezeta dodaje filmowi ostrości i surowości niesprawiedliwego świata. Bohater bije się z myślami i pyta bardziej przestrzeni niż siebie, co jest z nim nie tak? Odpowiedzi nie otrzymuje. Topi się w większej ilości pytań. 



Koniec końców - nikt nie pozostaje bez winy. Bohaterowie rozchodzą się. Nie wiemy, co dzieje się dalej. Kamper (co wśród graczy oznacza osobę leniwą i czającą się na wroga do ostaniej chwili) rzuca materac w pustym pokoju nowego mieszkania i pyta przyjaciela, gdzie kupuje się pościel. Niedojrzałość nie upiecze Kamperowi ciasta, a Manii nie zrobi kisielu. Głębszą ocenę pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy. To nie była komedia pomimo informacji na plakatach. To było życie. 






02.05.2017
Tag :






- Copyright © Jakub Jurkiewicz -

Designed by Adam Morawski