Znajdź mnie na Facebooku

Hamak - odcinek drugi

Kolejny odcinek blogonoweli - historii podzielonej na krótkie odcinki.

Odcinek pierwszy - link do pierwszego odcinka.







Czapka z daszkiem idealnie pasowała do jej długich, czarnych włosów. Miała trochę zbyt odważny makijaż, jak na niedzielne popołudnie, ale to wpasowywało się w jej styl - atencyjnej i przebojowej dwudziestolatki. Nowe buty odkrywające kostki stąpały pewnie po mokrym betonie katowickiego rynku. Rozglądała się i trochę zbyt szybko przeskakiwała z tematu na temat. Zatrzymali się, żeby pod parasolem odpalić papierosy. Jej wygląd sugerował, że nie na miejscu będzie pytanie, czy pali. Ktoś taki z pewnością to robi, więc Franek wyciągnął w jej kierunku paczkę z kilkoma Marlborro. Wyciągnęła jednego. Obok nich przetoczył się menel z reklamówką, której wygląd sugerował, że jest jej właścicielem od dłuższego czasu. 


- Pójdziemy na piwo, odechciało mi się kawy - powiedział Franek i zasłonił ręką zapalniczkę. 
- Jak sobie chcesz - odpowiedziała zadziornie. Deszcz nabierał konsystencji, a na ulicy zrobiło się pusto, jak na festynie rodzinnym w małej miejscowości. Buty nabierały ciemniejszego koloru od wilgoci. Po kilkunastu minutach dotarli do knajpy, przed którą kilku gówniarzy rozmawiało o nowym sezonie Gry o Tron. Zatęchłe i niewietrzone pomieszczenie pochłonęło zmokniętych dwudziestoparolatków. Wzięli po lanym, czeskim sikaczu i usiedli naprzeciwko siebie. Klimat ów miejsca odpowiadał herbaciarni, ale można tam było dostać nawet mohito, częściej wpierdol. Światło było stłumione, a muzyka zagłuszona przez krzyki ludzi zaabsorbowanych grą planszową. Barman ze skwaszoną miną zerkał co jakiś czas na salę i szeptał coś do swojej koleżanki, która widziała fryzjera i kosmetyczkę conajmniej rok temu. Ewidentnie się nudzili. Polerowali poszczerbione szklanki, które potrzebowały nabłyszczacza, jak facet przy barze detoksu. 


- Przyjechałam na studia z Rzeszowa, nie? Wyrwałam się trochę z tego kurwidołka - uśmiechnęła się i zrobiła trzysekundową pauzę -  a Krakowa nie lubię - powiedziała, jakby odpowiadała na niezadane pytanie -  Zero znajomych, zero zobowiązań, tylko nauka… Opowiedz lepiej o sobie, czy coś. 
- Jeśli oczekujesz, że ja powiem ci co tutaj robię, to się pomyliłaś. Siedzę tutaj z tobą przy tanim piwie i na kurewsko dużym kacu - wymusił uśmiech i poprawił się na niewygodnym krześle. Prowadzili wymuszoną rozmowę. W powietrzu czuć było, że coś jest nie tak. Wodzili wzrokiem, oglądali sufit i liczyli na nim lampy ze zwłokami komarów, muszek i większych owadów. Franciszek obracał wafel pod kuflem z końcówką niedobrego pilznera. Telefon cały czas wibrował mu w kieszeni. W knajpie zrobiło się duszno. Ktoś trącił kieliszek z wiśniówką. Najebani studenci nie patrząc pod nogi roznieśli alkohol po całej podłodze. Barmanka z wkurwioną miną poszła na zaplecze po mopa. Z głośników docierał głos Roguckiego. 

Rozmowa zeszła na tematy weekendowej imprezy, na której chyba się widzieli. Ona opowiadała o koleżankach, które pojechały nad jezioro. Cały czas kontrolowała telefon, jakby jedna pierdolona wiadomość miała zmienić jej całe dotychczasowe życie. Nagle obrócili głowy, jakby niewidzialne nitki w tym samym momencie zostały pociągnięte w bok. Powiew zimnego wiatru momentalnie przewietrzył zatęchłe pomieszczenie. 

Mokre włosy zaczesał palcami w bok, zdjął zaparowane okulary i popatrzył w stronę stolika, przy którym siedzieli. Franciszek rozpoznał go już po tym, jak z impetem otworzył drzwi. Był gruby, a jego oczy wskazywały na obłąkanie albo stężenie dużej ilości narkotyków w organizmie. Wsadził ręce do kieszeni, splunął na podłogę i podszedł do stolika, przy którym siedzieli. Nie pytając, wziął kufel Patrycji, wypił jego zawartość i zwrócił wzrok w stronę Franciszka.


- Wisisz mi kasę. 




wesoła

stawiasz na krawędzi 
życia nie da się wypuścić
dym unosi chęć

wyrywanie zębów
próchnica widziana
wczoraj wylana
z pracy herbata

wystygła
upadła 




23.06.2017

maraton

na czarnym biurku
nie można być trupem

młody pan
przystojny

co z tego
umieranie 

nawet bywa
przyjemnie
kiedy wiadomo
to już

od wewnątrz
zamykanie
światło, światło

ciemnieją drewniane okna 




19.05.2017
Tag :

Kamper (2016) - prawie recenzja

Przez Łukasza Grzegorzka zostajemy wrzuceni do kotła, w którym gotują się główni bohaterowie. Zostaje nam pokazana para z Warszawy, która dopiero po chwili orientuje się, że woda w kotle zaczyna wrzeć. Kamper (Piotr Żurawski) jest testerem gier - z dialogów możemy wywnioskować, że na stanowisku jakiegoś kierownika. W domu jednak nim nie jest. Młoda żona (Marta Nieradkiewicz) krzywi się na jego żarty, a czynności którymi Kamper się zajmuje bardziej przypominają zabawy nastolatka, niż poczynania dorosłego faceta. Chociaż mając na uwadze jego pracę, to leżenie na kanapie i granie w „Wiedźmina”, może mieć jakiś głębszy sens. Kurwowanie na internetowych kolegów z „Counter Strike’a” również. Kamper przegrywa jednak w jednej z najtrudniejszych gier na świecie - grze wstępnej. 

Niektóre zdjęcia bardziej przypominają nam oglądanie profesjonalnie nagranych momentów z życia znajomych, niż film. Jest to dużym atutem, a wręcz wisienką na torcie upieczonym przez grę aktorską, jaką możemy obserwować. Postaci są naturalne, widać w nich dużo cech wspólnych z dzisiejszymi trzydziestolatkami. Film nie boi się używać niecenzuralnych słów w różnych formach. Dialogi są podebrane z kawiarni, a nie z couchingowych książek o samorealizacji i niskobudżetowych telenoweli. 


Piwko i narkotyki aldente są wszechobecne. Bo jaki atrybut może wyciągnąć z kieszeni filmowy Kamper, jak nie browara i lolka? Nasz zabawowy bohater pewnego wieczoru postanawia schować się w szafie i wyskoczyć na niczego nieświadomą żonę, mając nadzieję, że ta od razu pójdzie z nim do łóżka i sprawi, że zapomni o poprzedniej nieudanej rozgrywce. Ona jednak postanawia mu powiedzie coś bardzo ważnego. Zdrada pojawia się w ich związku, jak tasiemiec. Wyżera od środka, chociaż Mania zapewnie, iż skończyła kontaktować się z kucharzem. Zapytacie pewnie, - jakim kucharzem?! Już tłumaczę. 

Mamy kontrast. Mamy Kampera. Mamy Marka Banę, granego przez Jacka Braciaka. Bo czym byłby polski film bez wyraźnego kontrastu, od którego aż mrużymy oczy? Mareczek jest siwym, dojrzałym mężczyzną. Wyróżnia go sława za sprawą programu telewizyjnego, w którym uczy ludzi gotować. Możemy przypuszczać, że oprócz tego prowadzi kursy, na którym poznał żonę Kampera. Tylko nierozsądna i głupia dziewczyna nie oddałaby się tej charyzmie i charakterowi na dywanie. Mania jednak taka nie jest i robi to, nie zważając na konsekwencje. 

Główny bohater, nie mogąc poradzić sobie z napięciem, spotyka się z korepetytorką języka hiszpańskiego. Ona raczej uczy go, jak to robić na hiszpana, aniżeli kolorów i liczb. Palą razem marihuanę, układają tarota i tańczą. Zajebiste rozwiązanie problemów swojego małżeństwa, ale czy w tej sytuacji ktoś znalazłby lepsze? 

Film dosadnie pokazuje problemy współczesnych trzydziestolatków. Ona potrzebuje silnej ręki prawdziwego faceta. On potrzebuje zabawy. Nie widzą jednak powodów dla których mieliby się nie rozstawać. Po seansie w mojej głowie pojawiło się jednak kilka niejasności. Czy wyczyn ułożonej Mani z bogatej rodziny był dojrzały? Bo jeśli nie, to dlaczego ocenia swojego partnera, jako niedojrzałego? Przecież pracuje na wyższym stanowisku w branży, która jednak przynosi spore pieniądze. Kucharz celebryta po każdym kursie ma przynajmniej jedną taką Manię na dywanie. I dymanie na dywanie. Po wszystkim zapomina i wraca na kursy, maczając palce w niejednym sosie. 



Podśpiewywanie Pezeta dodaje filmowi ostrości i surowości niesprawiedliwego świata. Bohater bije się z myślami i pyta bardziej przestrzeni niż siebie, co jest z nim nie tak? Odpowiedzi nie otrzymuje. Topi się w większej ilości pytań. 



Koniec końców - nikt nie pozostaje bez winy. Bohaterowie rozchodzą się. Nie wiemy, co dzieje się dalej. Kamper (co wśród graczy oznacza osobę leniwą i czającą się na wroga do ostaniej chwili) rzuca materac w pustym pokoju nowego mieszkania i pyta przyjaciela, gdzie kupuje się pościel. Niedojrzałość nie upiecze Kamperowi ciasta, a Manii nie zrobi kisielu. Głębszą ocenę pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy. To nie była komedia pomimo informacji na plakatach. To było życie. 






02.05.2017
Tag :

Hamak - odcinek pierwszy







Niedziela. Słońce przedzierało się przez drewniane okna do małego, dusznego pokoju. Woń trawionego alkoholu, gdyby mogła, sama wywietrzyłaby pomieszczenie. Franciszek obrócił się na bok i nawet odgłosy z kuchni nie były go w stanie obudzić. Obok materaca MOSHULT leżały zwinięte w kłębek jeansy, które w nogawkach miały przetarte, czerwone skarpetki. Kieszenie nie zostały opróżnione. Z jednej wystawał iPhone ze zbitym ekranem, paczka zapałek i pogniecione papierosy. Do połowy opróżniona butelka wskazywała na to, że nie dał rady dopić piwa i zasnął. Otworzył prawe oko i już wiedział, że ten dzień nie będzie należał do najlepszych w jego życiu. Bał się zrobić to samo z drugim, ale wysilił powiekę i podniósł ją w taki sposób, jakby był to bardzo złożony proces wymagający sporo silnej woli i wewnętrznej siły. 



Jasno. Zbyt jasno. Czuł jak głowa rozpada mu się na miliony małych kawałków i obryzguje wszystkie cztery ściany w pokoju. Ból był tak ogromny, że za każdym razem kiedy wykonywał gwałtowny ruch, musiał mrużyć oczy. W czarnych bokserkach pokonał drogę do łazienki i odkręcił zimną wodę. Nabrał trochę w dłonie i oblał sobie twarz ponownie mrużąc oczy i wciągając z sykiem powietrze. 


- Znów było grubo, co? - Zuzia stała z kubkiem w lewej dłoni i opierała się o framugę.

- Zejdź ze mnie! - chciał wykrzyczeć całe zdanie, ale kac pozwolił mu tylko na wyraźniejsze wypowiedzenie pierwszego słowa. 

- Tylko się grzecznie zapytałam, palancie! - współlokatorka obróciła się na pięcie i szurając wróciła do kuchni, z której dobiegała woń gotowanej kaszy. 


Zuzia miała długie, czarne włosy spięte w kucyk gumką wyglądającą, jak okablowanie do modnych słuchawek. Sprana koszulka wisiała na niej, jak na wieszaku. Była boso, a jeansowe spodenki lekko zachodziły za linię nie najgorszych pośladków. Smartfon wydobywał z siebie dźwięk piosenki, którą każdy znał, ale nie potrafił podać wykonawcy i tytułu. 

Rozcięła woreczek z kaszą, wysypując całą zawartość na zielony, duży talerz. Do kuchni wszedł zgarbiony Filip. Średniej długości loki zaczesał na prawo. Były mokre, jakby przed chwilą wylał na nie wiadro wody. 


- Gruby miał urodziny i byliśmy na Mariackiej - wymamrotał. - Którą mamy godzinę? 

- Pierwszą, ale nie ostatnią! - odpowiedziała Zuzia śmiejąc się z własnego żartu. 

- Zajebiście. Dobrze, że za cztery godziny muszę ogarniać. 

- Dlaczego? 

- Mam randkę. 

- Z kim?

- Napisała do mnie na Tinderze dupa, że chce się spotkać. Siedem na dziesięć, więc głupi by nie skorzystał. Obczaj - podał jej telefon, na którym zdążył wpisać jej pseudonim na Instagramie. 

- Kiedy wreszcie znajdziesz sobie prawdziwą dziewczynę? Te zdjęcia chuja odzwierciedlają. Wszyscy faceci dają tylko wirtualne serduszka tym podkręconym przez filtry pośladkom myśląc sobie, jak to będzie zajebiście je klepać. 

- Zrozumiałaś wreszcie moje myślenie, królowo kaszy. 

Wywróciła oczami, wzięła talerz i podeszła do płyty indukcyjnej. Drewnianą łyżką nałożyła warzywa na kaszę, z szuflady wyjęła widelec i zaczęła jeść na stojąco. 

- Chcesz trochę? - zapytała.

- Prędzej zwymiotuję. - powiedział. Wstał, szybkim ruchem wziął stojącą na kuchennym blacie wodę mineralną i wrócił do pokoju. 


Rzucił się na materac, wziął do ręki telefon. Jedna wiadomość. Patrycja.


„Zaczęłam się już malować XD. Myślisz, że będzie padać?”


Nie wiem, kurwa. Chciałbym żeby tak było. Żeby deszcz zmył ze mnie wszystkie złe rzeczy, których dopuściłem się zeszłej nocy, poranka i wieczora. Żeby istniał taki deszcz, który niweluje kaca i czyni cię nowym człowiekiem. Nienawidzę czuć się, jak szyba czekająca na przystanku nie na autobus, ale na kibola, który odreagowuje na niej przegraną GKSu. Tak naprawdę mam wyjebane na to, czy już zaczęłaś się malować. Równie dobrze możesz skakać teraz z mostu. Umawiam się z tobą, bo zrobiłaś wystarczającą ilość przysiadów, żeby krzywo namalowane brwi nie stanowiły dla mnie żadnego problemu. Dzień dobry, że tak pozwolę sobie skłamać. 

Franciszek

Napisaną wiadomość skasował i odpisał Patrycji:

„Widzę, że koleżanka w dobrym nastroju. Będę czekał na przystanku. Z parasolem, w razie, gdyby padało. :))”. 

Wydobył ze spodni papierosy, wziął jednego i szybkim ruchem odpalił. Butelka z niedopitym piwem posłużyła za popielniczkę. Pokój powoli zamienił się w komorę gazową, w której  marzył o swojej śmierci. 





————————————————————————————————————————

Zbierało się na burzę. Wiatr szybko przemierzał puste ulice zabierając ze sobą lekkie śmieci, niedopałki, ulotki prywatnych szkół i uliczny kurz. Ludzie przyspieszali kroku, łapali się za zwiewane raz po raz czapki i chowali w bramach, sklepikach i knajpach. Niebo nabrało koloru atramentu, a ptaki w amoku obniżały lot, żeby usiąść na parapetach obskurnych okien śląskich kamienic.

Twoja była już tu była. - głosił napis na potykaczu knajpy, w której Franciszek wypił wczoraj ostatniego szota. Popołudniu wyglądała zupełnie inaczej. Goście siorbali przelewową kawę, z głośników leciał smooth jazz, a jeszcze żywe barmanki flirtowały z korpoludkiem w białej koszuli. Nic nie wskazywało na to, że w nocy na schodach wylewało się piwo, gasiło papierosy i spluwało niesmak gorzkiej wódki. Witryna zamiast świecić przegryzionymi jabłkami z MacBooków, świeciła tłustymi włosami nastolatków, którzy świętowali urodziny koleżanki z klasy. 


Widząc napis, Franciszek zmusił się do lekkiego uśmiechu, minął lokal i poszedł w dół ulicy. W jednej ręce trzymał parasol, a w drugiej telefon, w którym próbował znaleźć ulubiony kawałek Cigarette after sex. Nagle poczuł, jak ktoś uderza go w ramię. 

- Czołem byku, kopę lat! - Krzyknął wysoki blondyn z lekkim zarostem. 

- Chyba godzin. Żyjesz? - Zapytał Franciszek, wyciągając słuchawkę z lewego ucha.
Jeszcze nie umarłem. Kac, jak japierdolę, ale powolutku go leczę. - powiedział i wyciągnął zza koszuli Perłę Export i podał Frankowi. - Gdzie lecisz?

- Tu i tam. Napiszę ci potem, bo to poważna i złożona sprawa. - skłamał i pociągnął solidnie z zielonej butelki.

- W takim razie nie będę cię trzymał, byku! Eloszka! EEEEEEJ, a jak…



Tego już jego rozmówca nie usłyszał, bo słuchawka wróciła z powrotem do ucha. Gruby, a w zasadzie Chudy to barman, którego ksywa wzięła się od tego, że kiedyś był gruby, a teraz jest chudy. Dla niego każda okazja była dobra, żeby się napić. Takie ryzyko zawodowe. Pracował w shotbarze na rogu najbardziej głośnej ulicy w mieście. Z alkoholem potrafił zdziałać cuda, co niejednokrotnie doceniały dziewczyny, do których uśmiechał się, kiedy nalewał do kieliszków fioletowy płyn i ozdabiał bitą śmietaną. Później pił razem z nimi, wychodził na papierosy, a niecierpliwi klienci wychodzili niezaspokojeni głodem ciężkiego alkoholu. To właśnie w shoot’ erze Franek stracił wczoraj dużo pieniędzy i godności. Zawsze tak się kończy, kiedy Gruby polewa. Lubił go za jego bezpośredniość i nieco frywolne podejście do życia, wyglądającego z jego perspektywy jak plac zabaw dla dorosłych. 


Blink. 

Messenger.

Blink.
Blink. 

Patrycja.

„Wsiadłam do trójki.”
„Mam nadzieję, że wziąłeś”
„parasol, bd za 10min. :*”


Odczytał, ale nie odpisał. Był już na rynku, usiadł na przystankowej ławce i wsadził ręce do letniej, oliwkowej kurtki. Obserwował, jak wielkie krople deszczu spadają na tory tramwajowe i wypełniają rowki pomiędzy nimi. Starsza kobieta obok niego szukała czegoś w bawełnianej torbie. Głowa bolała nadal, ale mniej intensywnie. Trzy łyki Perły od Grubego zaczynały robić swoje. Cigarettes after sex śpiewał Nothing’s gonna hurt you, baby. 


- Pierdolenie. - powiedział, zanim pomyślał, że powiedział.

Kobieta przestała grzebać w torbie, zmierzyła go wzrokiem i przesiadła się na sąsiednią ławkę ze skwaszoną miną. 

Trójka powoli wtoczyła się na przystanek. 






Ciąg dalszy nastąpi. 
28.04.2017
Tag :






- Copyright © Jakub Jurkiewicz -

Designed by Adam Morawski