1.11.2014
Cmentarz wieczorem
nabiera innego wymiaru, szczególnie w taki dzień, jak dzisiaj.
Oświetlany przez kilkanaście tysięcy kolorowych zniczy i świeczek.
Na pola wokół niego spadła gęsta mgła, przez którą przebijał
się księżyc. Wokół cicho i spokojnie, mijałem pojedyncze osoby,
które też czują ten specyficzny klimat. To już nie pokaz mody i
możliwości udźwignięcia jak największej ilości żółtych
kwiatków w wielkich donicach, koniecznie większych niż te sąsiada.
Teraz można skupić się na najważniejszym. W ciszy.
Od rana stałem przy
głównej bramie cmentarza na Cichej. Postanowiłem, że zrobię coś
dla innych i zostałem dwugodzinnym wolontariuszem. W dłoni
trzymałem puszkę, do której przechodzący ludzie wrzucali
pieniądze dla hospicjum. Godzina była wczesna, kilka minut po
dziewiątej. Zaspane społeczeństwo niosło wielkie reklamówki ze szklanymi
zniczami, kwiatami i butelki z wodą.
Słońce świeciło mi
prosto w twarz, dzień wyjątkowo urodziwy. Sporo osób się
uśmiechało, próbowało porozmawiać, przy okazji wrzucając kilka
monet. Starsza kobieta powiedziała, że zawsze daje na hospicjum, bo
kiedyś będą musieli się nią zająć, inna wspomniała o wózku
dla teściowej. Pan w średnim wieku pozbył się wszystkich drobnych
z portfela. Uświadomiłem sobie, że moje problemy są niczym.
Roztopiłem się bezmyślnie w otoczeniu. Dawno nic nie zrobiłem dla
drugiego człowieka, a wystarczy tak niewiele.
Wszyscy kiedyś się
zestarzejemy, ulegniemy przedśmiertnemu rozkładowi. Będziemy
czekać na pomocną dłoń. Niech spróbuje mi wtedy wyskoczyć dziecko przebrane za trupa z napisanym na czole helołin. Kopnę je w dupę. Śmierci się nie bagatelizuje.
Wolontariat? Polecam.
