Znajdź mnie na Facebooku
26.05.2015

Powroty z pracy pozwalają na swobodne przemyślenia. Kiedy zamyka się bar i wyprasza zalegających, trochę już uraczonych dobrym piwem gości, czas zwalnia. Po uzbrojeniu drzwi schodzi się ze schodów i bierze głęboki oddech. Ulica jest wyludniona, śmietniki przepełnione butelkami, niedopałkami i folią aluminiową z kebabów. Powietrze pachnie alkoholem.


Jest po trzeciej. Na miasto wylała się nocna flegma, która utrzyma się do świtu. Składa się głównie z moczu, jakim są oblewane elewacje starych kamienic i drzewa w parku przy kościele. Ulice są brudne i nie mają zapachu kwiatów. Można już na nich spotkać tylko zagubionych przechodniów szukających najkrótszej drogi do swojego łóżka, a znajdujących tylko niepoukładane myśli, czkania i suchość w ustach.

O tej godzinie nikogo nie interesuje, jakie ubrania masz na sobie i to, czy metki są oryginalne. Nikt nie patrzy na twoje buty, telefon i sposób, w jaki chodzisz. Czasami pytają o szluga, ale niezależnie od zawartości paczki odpowiada się, że pali się ostatniego.


Pewnej takiej nocy przemierzałem ulicę Warszawską, gdzie nie spotkałem nikogo. Padał deszcz, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo byłem sam. Pani w sklepie 24/7 patrzyła przez szybę na sunące krople. Woda ściekała do kanalizacji, jak studenci na weekend do swoich rodzinnych miejscowości. Przeszedłem przez przejście dla pieszych i minąłem skąpo ubrane prostytutki, które czekały na klientów. Miny nie wyrażały nic. Twarze były puste, jak regały na książki w mieszkaniu alkoholika. Stały w odstępie kilkudziesięciu metrów i mokły. Ich buty były tanie, a pieniądze drogie.


Wyjmowałem z kieszeni klucze, a drugą ręką zaczesywałem włosy, żeby niepotrzebnie nie przyklejały się do czoła. Naprzeciw ukazała się postać człowieka, którego już gdzieś widziałem. Odpalał papierosa i przeszywał wzrokiem parking. Był wyprostowany, chociaż wyglądał na trochę starszego. Mundur w kolorze moro nadawał mu powagi, a jednocześnie pozwalał sądzić że właśnie jedzie na ryby. Zmrużył lekko oczy i przyjrzał mi się trzeźwo. „OCHRONA” na plakietce przewieszonej przez szyję rozwiała moje wszelkie wątpliwości. 



photobucket.com











Gdyby życie było tanią książką, dowiedziałbym się właśnie w tamtej chwili, że zostaliśmy sami na tej zgniłej planecie, a z braku jedzenia jest ona za mała dla nas dwóch. Jednak to tylko życie i z niekłamaną trzeźwością powiedziałem:

    - Dzień dobry.
    - Kurwa, muszę zanieść jeszcze temu – pokazuje na budynek obok – ten pilot, bo jest nas dzisiaj tylko czterech.
    - Dobrze. - mówię i jednocześnie zastanawiam się, czy chce żebym został jego spowiednikiem.
    - Dzisiaj spokojnie, jak wczoraj i tydzień temu. No – jeszcze dwie godzinki i do spania. I następne dwie godzinki i znowu do pracy. Takie życie.


Pan Edziu ma sześćdziesiąt sześć lat, a od kilkudziesięciu pracuje w zawodzie ochroniarza. W bloku jest bezpiecznie. Tylko kilka razy pogonił gówniarzy, jak przyglądali się samochodom w nocy. Żona też pracuje, widują się w domu tylko przelotem. Mają małe mieszkanie w Sosnowcu, bo duże było im niepotrzebne i sprzedali. Trójka dzieci, a Pan Edziu jeszcze jedną córkę z poprzedniego małżeństwa. Już dawno dorośli, trzydzieści i trzydzieści pięć lat. Budowlanka i niemiecka korporacja z dwoma tysiącami na rękę miesięcznie.

Wszystkie informacje spływały na mnie tak szybko, jakbym stanął pod rynną. Deszcz robił coraz większe kałuże, a ja wiedziałem o jego życiu więcej niż na kolokwium, które miałem pisać następnego dnia. Mało tego – jestem pewien, że gdybym miał pisać kolokwium z życia Pana Edzia, dostałbym minimum 4.


Pracował już wszędzie, począwszy od kempingu przy minus dwudziestu stopniach, poprzez Biedronki, a skończywszy na pilnowaniu hałdy. Opowiedział mi historię o młodych chłopakach gówniarzach po dwanaście lat. Przerzucali worki z węglem przez ogrodzenie. Jeden nie zdążył, został przyciśnięty butem do ziemi.

      - Nie chciałem iść do więzienia i nie połamałem mu kości, więc puściłem go,  pozwoliłem wziąć worek z wunglem i powiedziałem, żeby wypierdalał. Od tamtej pory, co rano, mówił mi dzień dobry i machał.



Zarabia tylko cztery złote za godzinę i nie pije alkoholu już dwanaście lat. Inni chleją. Trochę się na to wszystko wkurza, bo gdyby była akcja, musiałby działać sam. Teraz przynajmniej może zrobić sobie kawę, bo w lesie przy kempingu musiał ciągnąc kable do słupa, a było zimno jak w łagrze. Kiedy skończył trzeciego papierosa, podał mi rękę i poszedł przed siebie, wchodząc w ciemność rozproszoną światłem ulicznej latarni. Pół godziny po rozmowie już świtało, a deszcz padał dalej, tylko jakoś inaczej.

Skomentuj







- Copyright © Jakub Jurkiewicz -

Designed by Adam Morawski