26.05.2015
Powroty z pracy pozwalają
na swobodne przemyślenia. Kiedy zamyka się bar i wyprasza
zalegających, trochę już uraczonych dobrym piwem gości, czas
zwalnia. Po uzbrojeniu drzwi schodzi się ze schodów i bierze
głęboki oddech. Ulica jest wyludniona, śmietniki przepełnione
butelkami, niedopałkami i folią aluminiową z kebabów. Powietrze
pachnie alkoholem.
Jest po trzeciej. Na
miasto wylała się nocna flegma, która utrzyma się do świtu.
Składa się głównie z moczu, jakim są oblewane elewacje starych
kamienic i drzewa w parku przy kościele. Ulice są brudne i nie mają
zapachu kwiatów. Można już na nich spotkać tylko zagubionych
przechodniów szukających najkrótszej drogi do swojego łóżka, a
znajdujących tylko niepoukładane myśli, czkania i suchość w
ustach.
O tej godzinie nikogo nie
interesuje, jakie ubrania masz na sobie i to, czy metki są
oryginalne. Nikt nie patrzy na twoje buty, telefon i sposób, w jaki
chodzisz. Czasami pytają o szluga, ale niezależnie od zawartości
paczki odpowiada się, że pali się ostatniego.
Pewnej takiej nocy
przemierzałem ulicę Warszawską, gdzie nie spotkałem nikogo. Padał
deszcz, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo byłem sam. Pani w
sklepie 24/7 patrzyła przez szybę na sunące krople. Woda ściekała
do kanalizacji, jak studenci na weekend do swoich rodzinnych
miejscowości. Przeszedłem przez przejście dla pieszych i minąłem
skąpo ubrane prostytutki, które czekały na klientów. Miny nie
wyrażały nic. Twarze były puste, jak regały na książki w
mieszkaniu alkoholika. Stały w odstępie kilkudziesięciu metrów i
mokły. Ich buty były tanie, a pieniądze drogie.
Wyjmowałem z kieszeni
klucze, a drugą ręką zaczesywałem włosy, żeby niepotrzebnie nie
przyklejały się do czoła. Naprzeciw ukazała się postać
człowieka, którego już gdzieś widziałem. Odpalał papierosa i
przeszywał wzrokiem parking. Był wyprostowany, chociaż wyglądał
na trochę starszego. Mundur w kolorze moro nadawał mu powagi, a
jednocześnie pozwalał sądzić że właśnie jedzie na ryby.
Zmrużył lekko oczy i przyjrzał mi się trzeźwo. „OCHRONA” na
plakietce przewieszonej przez szyję rozwiała moje wszelkie
wątpliwości.
![]() |
| photobucket.com |
Gdyby życie było tanią
książką, dowiedziałbym się właśnie w tamtej chwili, że
zostaliśmy sami na tej zgniłej planecie, a z braku jedzenia jest
ona za mała dla nas dwóch. Jednak to tylko życie i z niekłamaną
trzeźwością powiedziałem:
- Dzień dobry.
- Kurwa, muszę zanieść
jeszcze temu – pokazuje na budynek obok – ten pilot, bo jest nas
dzisiaj tylko czterech.
- Dobrze. - mówię i
jednocześnie zastanawiam się, czy chce żebym został jego
spowiednikiem.
- Dzisiaj spokojnie, jak
wczoraj i tydzień temu. No – jeszcze dwie godzinki i do spania. I
następne dwie godzinki i znowu do pracy. Takie życie.
Pan Edziu ma
sześćdziesiąt sześć lat, a od kilkudziesięciu pracuje w
zawodzie ochroniarza. W bloku jest bezpiecznie. Tylko kilka razy
pogonił gówniarzy, jak przyglądali się samochodom w nocy. Żona
też pracuje, widują się w domu tylko przelotem. Mają małe
mieszkanie w Sosnowcu, bo duże było im niepotrzebne i sprzedali.
Trójka dzieci, a Pan Edziu jeszcze jedną córkę z poprzedniego
małżeństwa. Już dawno dorośli, trzydzieści i trzydzieści pięć
lat. Budowlanka i niemiecka korporacja z dwoma tysiącami na rękę
miesięcznie.
Wszystkie informacje
spływały na mnie tak szybko, jakbym stanął pod rynną. Deszcz
robił coraz większe kałuże, a ja wiedziałem o jego życiu więcej
niż na kolokwium, które miałem pisać następnego dnia. Mało tego
– jestem pewien, że gdybym miał pisać kolokwium z życia Pana
Edzia, dostałbym minimum 4.
Pracował już wszędzie,
począwszy od kempingu przy minus dwudziestu stopniach, poprzez
Biedronki, a skończywszy na pilnowaniu hałdy. Opowiedział mi
historię o młodych chłopakach gówniarzach po dwanaście lat.
Przerzucali worki z węglem przez ogrodzenie. Jeden nie zdążył,
został przyciśnięty butem do ziemi.
- Nie chciałem iść do więzienia i
nie połamałem mu kości, więc puściłem go, pozwoliłem wziąć
worek z wunglem i powiedziałem, żeby wypierdalał. Od tamtej
pory, co rano, mówił mi dzień dobry i machał.
Zarabia tylko cztery
złote za godzinę i nie pije alkoholu już dwanaście lat. Inni
chleją. Trochę się na to wszystko wkurza, bo gdyby była akcja,
musiałby działać sam. Teraz przynajmniej może zrobić sobie kawę,
bo w lesie przy kempingu musiał ciągnąc kable do słupa, a było
zimno jak w łagrze. Kiedy skończył trzeciego papierosa, podał mi
rękę i poszedł przed siebie, wchodząc w ciemność rozproszoną
światłem ulicznej latarni. Pół godziny po rozmowie już świtało,
a deszcz padał dalej, tylko jakoś inaczej.
