13.08.2015
Odczuwalna temperatura
powietrza przekracza od kilku dni wszelkie normy. Elektrownie
odcinają dostawy prądu, niedopałki powodują pożary na dużą
skalę, kobiety przestają przejmować się widocznym cellulitem, a w
sklepach niedosyt wiatraków.
Kiedy wychodziłem dziś
na balkon pierwszy raz, czułem się jakbym wchodził do piekarnika.
Mrużyłem oczy i z kubkiem kawy witałem się z Katowicami.
Niektórzy wystawili na balkony leżaki i oblewali słońcem swoją
skórę, inni pootwierali okna i wpuszczali do mieszkań znikomy
wiatr, jak motyle w sieć. Asfalt topił się pod presją kół
samochodów, których kierowcy pocili się na plecach i klęli na
pogodę, chyba że mieli klimatyzację. Na przystanek podjechał
autobus, żółty Ikarus. Nie wiedziałem, że węgierskie pojazdy
jeszcze dają radę. Przywołał wspomnienia.
W połączeniu z
temperaturą ten środek transportu zawsze oznaczał przygodę. Droga
ze szkoły w godzinach szczytu czasami trwała nawet godzinę.
Niejednokrotnie cudem mieściłem się ze swoim plecakiem do środka,
gdzie panował inny ekosystem, stawał czas i gdzieś jeszcze można
było znaleźć tlen, ale tylko czasami. Częściej oddychałem
przetrawionym alkoholem, dwudniowymi skarpetkami, niemytymi zębami i
potem, którym sam się oblewałem. Temperatura bowiem w krytycznych
momentach nie pozwalała nawet myśleć. Trwaliśmy tak wszyscy,
pocierając się o siebie i trzymając za śliską, żółtą rurkę.
Zakręty w przegubowym Ikarusie wspominam najlepiej, chociaż wtedy
tak o tym nie myślałem – częściej pojawiała się myśl – no
kurwa!
W Gliwicach, gdzie
znajdowała się szkoła, już nie zobaczycie Ikarusów, wszystkie
zostały zastąpione nowymi Solarisami z klimatyzacją, muzyką i
szczelnymi oknami, przez które nic nie słychać. Wszytko działa
automatycznie, a z głośników wydobywa się głos sztucznej
kobiety, który mówi nazwy przystanków. Jest miło, estetycznie,
ale mi się nie podoba. W Ikarusie trzeba było uczyć się
przetrwania, głośnego mówienia do ucha współpasażera. Tam też,
po pierwszym w życiu piwie uczyłem się równowagi na zakrętach i
wypatrywałem, w przeciwsłonecznych okularach, krótkich sukienek.
Wiatr wiał przez nieszczelne okna, a zepsute drzwi były otwarte
przy maksymalnej prędkości – 50 km/h. Pasażerowie mogli
błyszczeć na tle maszyny, a teraz zostali skazani na przejażdżki
Solarisami, w których słychać każdą ich myśl i kiepską muzykę
w nieszczelnych słuchawkach. Wszyscy jechaliśmy w tę samą stronę.
Tworzyliśmy z autobusu społeczność. Nie było upupienia, normalne
były krzyki i nazywanie ludzi po imieniu – debilu, chuju, jełopie,
świnio.
Teraz powoli stajemy się,
jak te nowe żółte wynalazki. Milczymy, zapatrzeni w ekrany
telefonów. Nasza mowa wydobywa się, jakby mówił za nas komputer.
Nie istnieje długa konwersacja o ropiejącej ranie i synu w
kryminale. Jest cicho, jasno, chłodno. Ale wystarczy, że zepsuje
się klimatyzacja i wszystko wraca do normy. Podniesionym głosem
odzywa się Janusz z reklamówką z Biedronki:
- - Idzie się ugotować, a w tym gównie się okna nawet nie da otworzyćI nagle wszyscy mają o czym rozmawiać. Narzekają i robią to, co naprawdę lubią. Gwar, szum i nostalgia. Gasną ekrany telefonów, przestałem czytać o nowym prezydencie, przejmować się Europą, i stałem się tym kim naprawdę jestem – człowiekiem, który marzy o prysznicu i zimnym piwie. Janusz zrobił z autobusu wehikuł czasu.*źródło: http://phototrans.eu

piękne
OdpowiedzUsuń