Znajdź mnie na Facebooku
26.08.2015

Nie umiałem skupić się na jednym człowieku. Wylewali się ze wszystkich stron, jakby ktoś rozciął worek z ludźmi, a oni uciekali przed tym, kto ich tam zamknął. Londyn to jedno z największych skupisk ludzi różnych kultur, narodowości i rasy. W niektórych miejscach byłem jedynym białym człowiekiem, w innych tylko ja miałem blond włosy. Wcale nie było mi z tym źle. Gdyby nie poprawki i praca, zostałbym na zawsze.


Lubiłem poranne podróże komunikacją miejską. Czystą, szybką, wśród anonimowych twarzy. Czytali gazety, patrzyli w swoje telefony i co chwilę wymieniali uśmiechy. Większość z nich jechała do pracy, ja na szczęście nie. Odwiedziłem to miasto tylko na chwilę, żeby poczuć namiastkę wielkiego świata, w którym – jak niemal każdy młody człowiek, pragnąłem się zatracić i zgubić z premedytacją. W kolejnych środkach transportu odbijałem kartę, siadałem i na jakiś czas stawałem się obserwatorem.








Grzechem byłoby nie odwiedzić stałych punktów i nie zrobić sobie z nimi zdjęcia, w czasie kiedy dwieście innych osób wpadło na ten sam pomysł. Zobaczyłem Big Bena, London Eye, Tower Bridge i pałac królowej. Gdyby nie były na wszystkich pocztówkach, we wszystkich przewodnikach i na każdej reklamie - opisałbym je z miłą chęcią. Oszczędzę jednak czasu, pooglądajcie sobie zdjęcia.


ja i mój autyzm robimy selfie
Kilka dni pozwoliło na zobaczenie miejsc, które – jak sądziłem nie są dosyć popularne. Myliłem się i już po wyjściu z metra słychać było tłum ludzi, który próbował przebić się przez kolejny tłum ludzi próbujący przebić się przez tłum ludzi. Milczałem tylko, kiedy słyszałem swojskie „nie pchaj się kurwa, understand?”. Kilka lat temu przybiłbym piątkę z gościem, który entuzjastycznie gestykulował, ale to już minęło. Człowiek to człowiek, nieważne że mówi po polsku.

Camden Town to angielska stolica wszelkich subkultur, odstępstw i dziwactw – dlatego czułem się, jak w domu. Stragany na ulicy, wszechobecny zapach chińszczyzny i dealerzy co chwilę patrzący prosto w oczy i czekający na umówiony gest aprobaty dla ich towaru. Setki małych sklepików, z czego każdy w innym klimacie. W jednym można poczuć się, jak na pogrzebie, w innym jak na Jamajce, a jeszcze inny odurza zapachem kadzidełek i jedyna myśl pojawiająca się w pobliżu to Indie. To raj dla miłośników szeroko pojętej muzyki, różnorodności, ciekawości świata i narkotyków. W pubach leją niszowe alkohole, a w tym craftowe piwa. Jeden dzień w takim miejscu to zbyt mało, ale nie wiem czy wytrzymałbym dwa.

Ostatki urlopu przeznaczone były na słodkie lenistwo, a nigdzie indziej niż w Southend nad morzem nie da się osiągnąć tego stanu w tak idealny sposób. W miejscowości tej wybudowano najdłuższe na świecie molo, po którym (o zgrozo) kursuje mała kolejka. Przejście w jedną stronę zajmuje około czterdziestu minut. Nic nie odda uczucia morskiego powietrza muskającego niedelikatnie kosmyki włosów i wdzierającego się do uszu. Kamienista plaża zasypana była muzułmanami. Kobiety kąpały się w morzu w swoich pełnych, czarnych strojach, włącznie z nakryciem głowy, dzieci zbierały z plaży muszelki, a słońca nie obchodziło kto korzysta z jego ciepła.

Anonimowość we wszystkich miejscach była niesamowita. Masa ludzi, przechodząca z każdej strony bardzo interesująca, tylko – tak jak powiedziałem na początku - nie umiałem skupić się na jednym człowieku. W moim przypadku to frustrujące uczucie.


 


PS. O wielu rzeczach nie wspomniałem – imprezy niewiele różnią się od tych w Polsce. Jest tylko więcej koksu, a dziewczyny są łatwiejsze. 
































Skomentuj







- Copyright © Jakub Jurkiewicz -

Designed by Adam Morawski