15.10.2013
Mam nową miskę i życie. Poranki bywają bardzo od siebie różne. Zanim spadnę z piętrowego łóżka w moim pokoju, najpierw oglądam sufit. Jest na nim cmentarz. Poprzedni mieszkaniec pozabijał kilka much. Każda ma swoją datę śmierci nad główką. 2012.10.07 – to ta najmniejsza. Pokój jej duszy.
Codziennie otwieram okno,
aby przewietrzyć. Wpuszczam trochę życia do zaspanego ciała.
Wzrokiem i niewidzialnym uśmiechem witam Słońce. Niekoniecznie
jest ono zawsze w nastroju, żeby odpowiedzieć mi tym samym.
Spoglądam w dół. Niezmiennie, każdego ranka przy kolorowych
pojemnikach na odpady, koczują jedni z najlepszych zbieraczy puszek
w mieście. Wiedzą, że pod akademikiem można się ich spodziewać
w największych ilościach. Nie mylą się. Zanim wyrzucisz worek do
czarnego kosza, jest on dokładnie przeskanowany przez oczy
zbieracza. Konserwy rybne ich nie interesują, sprawdzałem.
Dotychczas żaden z nich nie wie, że jest obserwowany z okna co
rano. Czasami zastanawiam się, czy nie tkwi czasami we mnie jakaś
cząstka starszej pani, która monitoruje podwórko cały dzień
przez otwarte okno. Szyje, pije herbatę, słucha radia. Osiedlowy
monitoring. To na szczęście tylko cząstka, a na dodatek bardzo
mała, gdyż owo wyglądanie zajmuje mi co najwyżej 3 minuty.
Wlewam do czajnika wodę
i czekam. Kusi mnie, żeby znów wejść pod cmentarz na suficie i
zamknąć oczy, ale wtedy przypominam sobie, że przecież jestem tu
z ważnego powodu i nie mogę zmarnować mojej szansy. Zalewam
herbatę i idę z nią do łazienki, po czym spoglądam w lustro.
Określam, czy golenie może poczekać do jutra. Z reguły – tak.
Następnie, po odstawieniu herbaty, następuje seria czynności,
które każdy z nas wykonuje rano w wykafelkowanym pomieszczeniu.
Woda, ręce, woda, twarz, woda, zęby, woda. Wszędzie woda, na
podłodze również. Zostawiam ją – do mojego powrotu wyschnie.
Pidżama ląduje pod kołdrą, a ja zakładam inne ciuchy. Z zeszytem
i długopisem zbiegam w dół. Czasami wezmę również portfel.
Kiedy go zapomnę, muszę wrócić. Zostawiam u portiera klucz.
Porzucam Babilon.
Zbieram myśli,
przypominam sobie plan, który został na komputerze w tajemniczym
folderze „studia”. Do końca jeszcze nie wiem, dlaczego tak go
nazwałem, ale myślę, że wszystko idzie w dobrym kierunku. W
kierunku WNS. Spędzam tam pół dnia, chodząc od piętra do piętra.
Od lektoratu do toalety, a stamtąd od razu na wykład. Powoli
zaczynam to wszystko rozumieć, ale musi minąć jeszcze kilka
miesięcy, zanim moje usta otworzą się na to wszystko i powiem,
jaki jestem zadowolony.
Wracam zazwyczaj tą samą
drogą. Samochody, autobusy, tramwaje, psy, koty, chomiki, aż
wreszcie ludzie. Z kamienną twarzą toczą się wśród ulic
największego śląskiego miasta.
