13.12.2013
Kilka
dni temu budzik zadzwonił około godziny jedenastej. Zeskoczyłem z
piętrowego łóżka. Współlokatora już nie było. Brzuch
zasygnalizował, żebym coś do niego wrzucił, więc wyjąłem z
przedpokojowej szafki chleb i otworzyłem lodówkę.
Pogoda
za oknem zepsuła się jak mój serek, który teraz zyskał na
wartości, bo zrobił się pleśniowy. Zmianie uległ humor i
nastrój, którym pobłogosławiłem kolejne godziny tego dnia.
Wykłady bezczelnie i z premedytacją opuściłem i ani trochę tego
nie żałuję, bo leniuchowanie doprowadziło mnie do pewnego
korytarza w zakątku mojej głowy. Przy kawie zbożowej czytałem
wiadomości, czyste jak metaamfetamina w Breaking Bad.
Tygodniki
popsuły się, jak serek. Zrobiły się nazbyt stronnicze, wyciągają
pochopne wnioski i większość idzie w złą stronę tabloidyzacji.
Nie oznacza to, że mniej je lubię. Wszystkie działania
dziennikarzy powodują, że mogę samodoskonalić swój dystans i
filtr, którym przecedzam rzeczywistość. Osoby chcące zaistnieć
poprzez bardziej chwytliwe tytuły, atakowanie kolejnych niewinnych
osób, czy wałkowanie tego samego tematu setny raz – sami siebie
przekreślają. Nie piszę tego, bo uważam się za eksperta. Jestem
zwykłym, szarym człowiekiem zażenowanym kolorowymi okładkami
tygodników, których już nie kupuję.
W
dzienniku, który prowadzę napisałem kiedyś, że informacje są
jak artykuły spożywcze, a niestosowne komentarze do nich to chemia do nich dodawana. Za produkty bez niej płacimy drożej i coraz trudnej nam
je zdobyć. Człowiek przesiąka tym wszystkim, a zdania częściej
rozpoczyna od „E...”. Zamiast
chemicznej nazwy „benzoesan sodu” podaje się symbol „E211”.
Tendencja ukrywania prawdy za inną również jest powszechna. 