17.12.2013
Długą chwilę temu
odebrałem ją z miejsca, do którego została przywieziona.
Przyjechała po dwudziestu trzech godzinach. Wyglądała, jakby była
zwykłym kartonowym pudłem, ale posiada niesamowite i piękne
wnętrze.
Od czterech lat
towarzyszy mi w nielicznych podróżach, domowym przesiadywaniu przed
komputerem, czytaniu książek i rozmyślaniach. Zabrałem ją na
studia i myślę, że jej się tu spodoba. Szczególnie podczas
zbliżającej się sesji. Wtedy w pełni wykorzystam jej świętą
moc, która pochodzi z natury w najczystszej postaci.
Nasze początki były
ciekawe. Zwykły kubek wyciągnięty z kuchennej szafki, bambus
obwiązany gazą na jednym końcu i ona. Yerba z ptaszkiem w logo.
Specjalnie wystudzona woda w żółtym termosie.
Pierwszy łyk był
zaskoczeniem. Już wtedy wiedziałem, że się zakocham. Tak też się
stało. Kolejne kilogramy, kolejne marki argentyńskiego i
paragwajskiego suszu. Dostałem specjalne naczynko, zwane tykwą.
Bombillę, czyli rurkę z siteczkiem na końcu, kupiłem sam.
Służą mi po dzień dzisiejszy. Każde kolejne zalanie sprawia mi
przyjemność, a witaminy A, B1, B2, C, E, żelazo, sód, potas, wapń
i magnez sprawiają, że podobno mam lepsze życie.
Wszędzie można
przeczytać, że ma smak siana, popielniczki lub trawy. To bzdury,
których nie powtórzę. Aromat i smak są w niej najlepsze.
Zaraziłem tą miłością parę osób.
Choć coraz częściej
zdradzam ją z kawą, to wydaje mi się, że każda miłość musi
przechodzić przez próby. Teraz cieszę się, jak dziecko z
cukierka. Kilogramowego.