Znajdź mnie na Facebooku
2.02.2014

Niedzielnym popołudniom i wieczorom zazwyczaj towarzyszy kawa, od której jestem już uzależniony. Z tym nałogiem nie zamierzam zrywać, tylko dołożyć nowe, nieco bardziej użyteczne. Siedzenie do późnych godzin nocnych w celach rekreacyjnych odbija się później tym, że wstaję przed trzynastą, a na śniadanie jem obiad.

Z piątku i soboty również uczyniłem niedzielę. Rekreacja ma coraz częściej swój początek i koniec w Internecie, w którym mamy już wszystko. Począwszy od rozrywki, poprzez naukę, aż po rachunki, konta bankowe, czy kontakt ze znajomymi. Wytnę tylko pewien jego skrawek, który chce bezczelnie połączyć wszystko w jedną całość i na siłę ułożyć nam życie. Wszystko po to, żeby żyło się łatwiej, czyli trudniej.
Strony internetowe, po których codziennie się poruszam oferują u swojego podnóża kliknięcie magicznego przycisku lubię to. Nie sposób go nie znać, będąc użytkownikiem portalu społecznościowego, stającego się synonimem słowa życie, a później jego substytutem. Nie przeczę, że wszedłem w ten świat, jak w masło. Jednak pozostaję sceptykiem w tym wirtualnym świecie i podchodzę do niego z dystansem, który pozwala mi patrzeć z góry, a przynajmniej takie sprawiać wrażenie. Manipulacja, inwigilacja, taka sytuacja.
Zastanawiam się, dlaczego obok przycisku lubię to nie pojawia się drugi, który mówiłby coś przeciwnego - nie lubię. Człowiek nie może wyrazić swojej negatywnej opinii w tak uproszczonej wersji, jak jedno kliknięcie. Z jednej strony to dobrze – może odnieść się do publikowanego materiału w komentarzu, ale gdzie tu równouprawnienie? Likwidując lajka również Ci, którzy zapałaliby pewnego rodzaju sympatią do prezentowanego materiału, mogliby wyrazić swoje zdanie. Tymczasem, klikają lubię to i mają z głowy klecenie zdań o tym, jakie ma ładne oczy kot na obrazku. Mogą lubić wszystko i wszystkich, bo w życiu nie ma czasu na nielubienie.
Po głębszym zastanowieniu doszedłem jednak do wniosku, że występuje również możliwość nielubienia, która zawiera się w delikatnym paradoksie. Fejsbuk udostępnia obecnie opcję unlike, ale jedynie w sytuacji, kiedy wcześniej kliknęliśmy w tym samym miejscu like – nie lubić można tylko tego, co wcześniej się już polubiło. Ot taka, bardzo modna, szybka zmiana poglądów.
Dlaczego piszę o tym wszystkim? Ponieważ nie wyobrażam sobie przyszłego życia pozbawionego Internetu i jego mocy. Mało tego – dzisiejsza kultura i rzeczywistość nie jest już bez niego możliwa. Tak bardzo jesteśmy zrośnięci z wirtualnym światem, że stał się częścią naszego życia, a dla niektórych – całym życiem. Blog, który właśnie czytacie, nie miałby prawa bytu bez reklamy na Fejsie. Odwiedzałyby go osoby, które właśnie szukają inspiracji do remontu przedpokoju.* W moim domu komputer pojawił się późno, bo w czasach kiedy biegałem w białej sukience i dostałem pierwszą w życiu Biblię i rower górski. Tak już razem przechodzimy kolejny rok. Komputer staje się mniejszy i mądrzejszy, a ja większy i głupszy.
Codziennie staram się o przestrzeń w tym przedziwnym związku. Walczę. Biegam, czytam książki w papierowej wersji i robię tysiące innych rzeczy niezwiązanych z wirtualnym światem, ale on zawsze wraca. Ostatnio czytaniem wypełniam mdłe dni, w których pogoda nie może zdecydować się pomiędzy zimą, wiosną i jesienią. Niekoniecznie czytam Pięćdziesiąt twarzy Greya, więc okładki starych książek raczej nie zwracają uwagi, kiedy leżą na mojej półce. Gdyby moja mentalność była inna, wstydziłbym się wyciągnąć je w autobusie. Mógłbym wtedy myśleć, że z moją urodą człowieka sprzedającego ziemniaki na bazarze, okładki tych książek tworzą idealny związek estetyczny. Na szczęście nie wstydzę się z nimi pójść nawet do łóżka.
Czasami nie zauważamy, jak znika nasz kontakty offline. Komunikaty zastępują rozmowy, a w ręku zdecydowanie częściej trzymamy smartfona i myszkę, niż rękę, nogę, czy jakąkolwiek inną część ciała ukochanej osoby. Musimy pamiętać, że twórcy wirtualnego świata robią wszystko, żebyśmy z niego nie wychodzili. Nie unikniemy tego, ale róbmy sobie przerwy. Na przykład na zimne piwko w piątkowy wieczór.


* Przedpokój – wyraz, który powstał z połączenia dwóch słów: przed i pokój (ang. peace). Przedpokojem zatem określa się stan, który ma swoje podłoże przed pokojem (ang. peace). Inspiracją do nazwy było słowotwórstwo polskiego poety – Mirona Białoszewskiego. 



Skomentuj







- Copyright © Jakub Jurkiewicz -

Designed by Adam Morawski