9.05.2014
Lubię
małe miasta. I tamtejsze sklepy. Przed wejściem do lodziarni
ustawiono dużego, plastikowego loda z dziurą w wafelku. Gdyby lód
był prawdziwy, wyciekałby właśnie przez tę dziurę w
brązowoszarym plastiku. I zalałby ulicę.
Pomieszczenie było małe, ale sprawiało
wrażenie przytulnego, jakby wchodziło się do domu cioci na jej
imieniny. Ściany
zasłaniały kiczowate ozdoby. Kilkanaście obrazków, które
zmieniały się zależnie od kąta patrzenia, plastikowe zegary i
portrety papieża w chińskich ramkach, które można kupić na
każdym małomiasteczkowym bazarze. Wycinki powieszone nad ladą
mówią, że jest to najlepsza lodziarnia w Pszczynie. Może jest to
nie tylko najlepsza, ale jedyna lodziarnia - pomyślałem nieco
niegrzecznie. Nie pamiętam jej nazwy, ale nie zdziwiłbym się,
gdyby nazywała się Halina, Danusia, Irena albo Barbara. Od imienia
właścicielki. Nad drzwiami do drugiego pomieszczenia wisiał
drewniany krzyż.
Starsza
kobieta miała włosy zafarbowane na czerwono. Ułożona z nich
trwała nie wyglądała źle, jak to zwykle bywa. Nosiła okulary
nisko osadzone na nosie. Ubrana była w taki sam fartuszek, jak
kucharka ze szkolnej stołówki. Uśmiechała się zza lady. Była
niska. Obok niej stał dużo młodszy mężczyzna, który uśmiechał
się razem z nią. Cieszyli się z opowiedzianego przed momentem
żartu, którego nie słyszałem albo po prostu byli zadowoleni z
tego, że mają tak wielu klientów na raz. Mężczyzna powiedział
nam, żebyśmy do kobiety zwracali się po angielsku, bo się uczy.
Znacząco popatrzył w jej stronę, a uśmiech nie schodził z jego
twarzy. Mógł mieć na imię Błażej albo Waldemar. Klienci po
kolei płacili kobiecie 3.50zł, a ona wydawała resztę. Błażej
albo Waldemar kręcił lody na maszynie za okrągłym, metalowym
stolikiem i podawał je kolejnym osobom. Kilka głów papieża
oglądało, jak na rożek nawijał się biznes. Waniliowy,
czekoladowy, czy mieszany?
W
moim rodzinnym mieście budują nowy budynek. Mówią, że będzie
tam duża drogeria. W małych miastach nie potrzeba miliona sklepów,
więc co stanie się z tymi mniejszymi? Upadną. Zostaną zastąpione
przez krystalicznie czyste, białe wnętrza, kasy fiskalne z
przesuwną ladą. Młode ekspedientki przy każdym zakupie będą
proponować coś, czego nie potrzebujemy. Bo jest promocja,
supermarket ma urodziny. Taka czeka nas przyszłość. Wielkie marki
wygryzą małe i prywatne. Drogeria Kasia zostanie zamknięta, pozbawią zawodu lodziarnię Halinę, a
miły pan, który śmiał się z nauki angielskiego swojej starszej
koleżanki zamieni się w wymalowaną, młodą panią w białej
koszulce i imieniem na plakietce. Wypowie jedynie kwotę i odda nam
resztę razem z paragonem. Nie będzie miejsca na chińskie koty,
papieża w świecącej ramce z bazaru i cały szajs, który z
namaszczeniem wieszała na ścianach Halina, żeby było przytulnie i
swojsko. Pozostaną jedynie wspomnienia osiedlowych sklepików i
warzywniaków, które topią się wraz z nadchodzącym latem
hipermarketyzacji świata.

Dla mnie dwie gałki: czekoladowa i waniliowa. Biznes się kręci i będzie jeszcze trochę. Bo te na gałki czy kręcone smakują lepiej niż te na patyku. I tak będzie zawsze- bo ja tak mówię. Nawet jeśli z odrobiną desperacji w głowie. AmenT
OdpowiedzUsuń