7.07.2014
Czajnik
postawiony na gazie lekko pogwizdywał,
a torebka herbaty czekała cierpliwie, aż potraktuję ją wrzątkiem.
Nie spieszyło mi się. Siedziałem w kuchni i jadłem kanapkę z
żółtym serem. Miałem wtedy dwadzieścia lat i paliłem czerwone
Marlboro.
Był
chyba lipiec, zaczynałem wakacje po pierwszym roku studiów na
śląskiej uczelni. Wstałem, jak zawsze, zbyt późno by jeść
śniadanie. Pierwsze dni spędzałem w domu. Kuchnia była tam wąska,
co nadawało jej naturalną przytulność. Na wytartym blacie można
było dostrzec dwadzieścia lat intensywnego użytkowania. Miliony
kanapek, pół miliona kotletów mielonych i dwieście pięćdziesiąt
schabowych ubijanych narzędziem z rączką z białego drewna.
Siedziałem w tej kuchni i czekałem, aż czajnik rozgrzeje wodę do
maksymalnego wrzenia, a gwizdek będzie skakał i czekał, aż
uwolnię go od buchającej pary. Przedpołudniowe słońce dostawało
się przez małe okno i oświetlało plamy brudu na podłodze z
białymi kafelkami.
Po
zalaniu czarnej herbaty zdjąłem spłowiałe bokserki i wszedłem
pod prysznic. Woda lała się po mnie, a ja czułem, jak spłukuje ze
mnie całą letnią noc. Posiadanie długich włosów miało dwie
wady. Jedną z nich było suszenie i wycieranie ich ręcznikiem.
Przerywałem w momencie, kiedy na podłogę nie kapała już woda.
Przetarłem skarpetką zaparowane lustro i popatrzyłem sobie w oczy.
Byłem niewyspany. Szczęśliwy, głupi uśmieszek został mi z
poprzedniego dnia, który drastycznie zmienił moje podejście do
życia. Mam dziewięćdziesiąt lat i nie pamiętam już, co to było.