Znajdź mnie na Facebooku
11.07.2014

Jakiś czas temu jechałem autobusem komunikacji miejskiej. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo ostatnio często to robię. Ten dzień ociekał potem, a powietrze było nadzwyczaj ciężkie. Z twarzy współpasażerów odczytałem zmęczenie i chęć jak najszybszego dotarcia do celu. Bo nikt nie lubi ocierać się o ziejącego alkoholem wytatuowanego mężczyznę w bezrękawniku, który ociekał potem za trzech. Duża część pasażerów miała minę wskazującą na niemuśnięte górnolotnym myśleniem. Czytałem wtedy na smartfonie ciekawą historię.


Kilka lat temu w Łodzi doszło do nietypowej kradzieży. Powiedzmy, że dzień był słoneczny, jak ten. Po głównej ulicy przechadzali się ludzie w ilościach hurtowych. Na pasaż Rubinsteina wjechał pan Janek ze swoim dźwigiem i jego kolega, pan Remigiusz. Dostali zlecenie na przewiezienie kilku stalowych belek na skup złomu. Prosta robota, za którą pieniądze były dość dobre. Załadowali to na ciężarówkę za pomocą sprawnych rąk obsługujących dźwig i odjechali. Pomógł im nawet funkcjonariusz służ miejskich, zatrzymując na chwilę ruch, bo ulica, jak to ulica - ruchliwa. Odjechali, pozostawiając puste miejsce gdzieś w krzakach.


Pasaż usytuowany jest pomiędzy ul. Piotrkowską i Al. Tadeusza Kościuszki. Wspaniałe dywany kwiatowe upiększają miasto i tworzą dobry klimat na niedzielne spacerki. Spragnieni mogą napić się wody z ulicznego wodopoju, a najmłodsi bawić na ogrodzonym placu zabaw. Ludzie w skrajnej potrzebie pozbawieni zostali świetnego miejsca do picia i siedzenia w upalne dni, a wyprowadzane na smyczy piękne pieski nie mogły już sikać na stalowe, równo poukładane belki. Parę dni po wizycie Remika i Janka, Marek Janiak, opiekun Ulicy Piotrkowskiej zauważył, że ktoś zwinął belki.


Dopiero wtedy powstał szum w prasie. Wszyscy dowiedzieli się, że ukradziono drogocenną rzeźbę jednego z najwybitniejszych amerykańskich rzeźbiarzy minimalartu. Richard Nonas mieszka na Manhatanie w magazynie, który wynajmuje mu miłośnik jego sztuki. Na początku lat '90 został zaproszony do Polski, wtedy powstał "Ukryty sojusznik", czyli kilka belek, które pod żadnym pozorem nie mogły zostać zespawane, bo to zmieniałoby cały sens i koncepcję artysty. Śledztwo trwało. Najciemniej pod latarnią, więc rzeźba odnalazła się na skupie złomu. Warte ponad sto tysięcy złotych dzieło leżało pocięte obok bramy. Polska.


Kierowniczka złomowiska nie miała pojęcia, co przyjmuje. Wypłaciła tylko pieniądze i kazała zrzucić towar. Kto zatem stoi za tym wszystkim? Biznesmen wśród zbieraczy złomu, mieszkający w obitym blachą domu, Marcin Sz. Procesy sądowe stwierdziły, że złodziej nie miał pojęcia o tym, że kradnie dzieło sztuki. Sam pewnie myślał, że przyczynia się do upiększania i oczyszczania miasta.


Właścicielem fotografii jest Bartosz Stępień, nie ja.


Robotnicy pracujący obok rzeźby żartowali, że ich poprzednicy spieprzyli i porzucili robotę, a ludzie przechodzili obojętnie, nie zwracając uwagi. Koniec końców, rzeźbę znów postawiono w dawnym miejscu, ale elementy przyspawano. Jeden z ekipy dźwigowej stwierdził, że przyspawane traci już sens. A "Ukryty sojusznik" nadal chłodzi tyłki miejscowych żuli i służy, jako toaleta dla piesków. Ot cała historia nietypowej kradzieży. Spoglądając na ludzi w spoconym autobusie pomyślałem, że są właśnie takimi belkami, ociekającymi potem i zespawanymi. Zespawane traci sens, faktycznie.

Skomentuj







- Copyright © Jakub Jurkiewicz -

Designed by Adam Morawski