- Wróć na Główną »
- lajfstajl , publicystyka , recenzja , wolne myśli »
11.07.2014
Jakiś
czas temu jechałem autobusem komunikacji miejskiej. Nie ma w tym nic
nadzwyczajnego, bo ostatnio często to robię. Ten dzień ociekał
potem, a powietrze było nadzwyczaj ciężkie. Z twarzy
współpasażerów odczytałem zmęczenie i chęć jak najszybszego
dotarcia do celu. Bo nikt nie lubi ocierać się o ziejącego
alkoholem wytatuowanego mężczyznę w bezrękawniku, który ociekał
potem za trzech. Duża część pasażerów miała minę wskazującą
na niemuśnięte górnolotnym myśleniem. Czytałem wtedy na
smartfonie ciekawą historię.
Kilka
lat temu w Łodzi doszło do nietypowej kradzieży. Powiedzmy, że
dzień był słoneczny, jak ten. Po głównej ulicy przechadzali się
ludzie w ilościach hurtowych. Na pasaż Rubinsteina wjechał pan
Janek ze swoim dźwigiem i jego kolega, pan Remigiusz. Dostali
zlecenie na przewiezienie kilku stalowych belek na skup złomu.
Prosta robota, za którą pieniądze były dość dobre. Załadowali
to na ciężarówkę za pomocą sprawnych rąk obsługujących dźwig
i odjechali. Pomógł im nawet funkcjonariusz służ miejskich,
zatrzymując na chwilę ruch, bo ulica, jak to ulica - ruchliwa.
Odjechali, pozostawiając puste miejsce gdzieś w krzakach.
Pasaż
usytuowany
jest pomiędzy
ul. Piotrkowską i Al. Tadeusza Kościuszki. Wspaniałe dywany
kwiatowe upiększają miasto i tworzą dobry klimat na niedzielne
spacerki. Spragnieni mogą napić się wody z ulicznego wodopoju, a
najmłodsi bawić na ogrodzonym placu zabaw. Ludzie w skrajnej
potrzebie pozbawieni zostali świetnego miejsca do picia i siedzenia
w upalne dni, a wyprowadzane na smyczy piękne pieski nie mogły już
sikać na stalowe, równo poukładane belki. Parę dni po wizycie
Remika i Janka, Marek Janiak, opiekun Ulicy Piotrkowskiej zauważył,
że ktoś zwinął belki.
Dopiero
wtedy powstał szum w prasie. Wszyscy dowiedzieli się, że
ukradziono drogocenną rzeźbę jednego z najwybitniejszych
amerykańskich rzeźbiarzy minimalartu. Richard Nonas mieszka na
Manhatanie w magazynie, który wynajmuje mu miłośnik jego sztuki.
Na początku lat '90 został zaproszony do Polski, wtedy powstał
"Ukryty sojusznik", czyli kilka belek, które pod żadnym
pozorem nie mogły zostać zespawane, bo to zmieniałoby cały sens i
koncepcję artysty. Śledztwo trwało. Najciemniej pod latarnią,
więc rzeźba odnalazła się na skupie złomu. Warte ponad sto
tysięcy złotych dzieło leżało pocięte obok bramy. Polska.
Kierowniczka
złomowiska nie miała pojęcia, co przyjmuje. Wypłaciła tylko
pieniądze i kazała zrzucić towar. Kto zatem stoi za tym wszystkim?
Biznesmen wśród zbieraczy złomu, mieszkający w obitym blachą
domu, Marcin Sz. Procesy sądowe stwierdziły, że złodziej nie miał
pojęcia o tym, że kradnie dzieło sztuki. Sam pewnie myślał, że
przyczynia się do upiększania i oczyszczania miasta.
![]() |
| Właścicielem fotografii jest Bartosz Stępień, nie ja. |
Robotnicy
pracujący obok rzeźby żartowali, że ich poprzednicy spieprzyli i
porzucili robotę, a ludzie przechodzili obojętnie, nie zwracając
uwagi. Koniec końców, rzeźbę znów postawiono w dawnym miejscu,
ale elementy przyspawano. Jeden z ekipy dźwigowej stwierdził, że
przyspawane traci już sens. A "Ukryty sojusznik" nadal
chłodzi tyłki miejscowych żuli i służy, jako toaleta dla
piesków. Ot cała historia nietypowej kradzieży. Spoglądając na
ludzi w spoconym autobusie pomyślałem, że są właśnie takimi
belkami, ociekającymi potem i zespawanymi. Zespawane traci sens,
faktycznie.
