8.07.2015
W nocy wypaliłem całą
paczkę zapałek Czechowickich. Syndrom barmana nie pozwala spać,
dlatego zasypiam dopiero wtedy, kiedy robi się jasno. Czasami leżę,
czasami czytam, czasami oglądam filmy. Przeważnie właśnie leżę,
a dzisiaj przyszła mi ochota na spalenie całej paczki zapałek.
Wszystkie wyglądają
podobnie. W szarym ekologicznym opakowaniu czekają, aż ktoś
wyciągnie je z pudełeczka i zrobi coś pożytecznego. Mogą przydać
się do odpalenia znicza na grobie bliskiej osoby, podpaleniu grilla
na działce u Janusza, czy cienkiego papierosa dziwki na
autostradzie. Na jesień wykorzystywane są w przedszkolu, jako nogi
i ręce dla kasztanowych ludzików. Dzieci, za pomocą plasteliny,
łączą je z kasztanami i stawiają na parapecie. Tym samym, na
którym na wiosnę ich miejsce zajmie rzeżucha.
Życie zapałki trwa
kilka sekund. Gasi je wiatr albo dmuchnięcie człowieka. Rzucane na
ziemię gubią się. Nikt ich nie liczy. Nikt o nich nie pamięta.
Przydały się tylko na moment, a wypalone są już niepotrzebne.
Zostanie puste, szare i ekologiczne opakowanie zapałek Czechowickich
z siarką na boku. Mieszkańcy kartoniku wyprowadzili się na zawsze.
Ja wszystkie wypalone
włożyłem z powrotem do środka. Będą przypominały mi o tym, że
życie człowieka trwa dłużej niż życie zapałki. Niektórzy
marnują je, bezmyślnie paląc je w nocy, a inni robią wielkie
rzeczy. I nie mam na myśli wielkich kasztanowych ludzików.
Dla myśli filozoficznej poświęciłem
właśnie dwadzieścia groszy.
