Znajdź mnie na Facebooku
11.12.2015

Tydzień temu w nocy poczułem, że coś jest nie tak. Dosyć dawno nie byłem w takim stanie, ale już wiedziałem, co się dzieje. Coś, co powszechnie nazywa się chorobą, zaczęło mnie rozkładać. Problem był jednak poważniejszy – do trzeciej w nocy musiałem być w pracy.

Trzeba było jeszcze uporać się z ostatnimi klientami. Bywa z tym różnie. Codziennie inaczej. Piątek jest straszną losówką. Nie wiesz, co cię spotka. W ten dzień ludzie pachnieli stajenką. Zdarzyli się też zawodnicy, którzy chcieli wypić wszystkie piwa lane, jakie mamy. Skończyli śpiąc na fotelach. Jeden nawet zostawił na podłodze mokry ślad. A ja powoli zapominałem, jak się nazywam.

Po trzeciej zamówiłem taksówkę, chociaż mam blisko. Jedyna myśl tamtej nocy przewijała się co dwie sekundy. Nie była ani błyskotliwa, ani innowacyjna. Łóżko, to jedyne o czym wtedy myślałem. Każdy mężczyzna wie, że jak jest chory, to umiera. Tak też właśnie było tym razem.









Spanie.

Na spaniu spędziłem całą sobotę, z przerwami na łyk wody i wycieczkę do toalety, po czym szybko wracałem do gniazda, jakie wcześniej uwiłem z dwóch koców, kołdry i pięciu poduszek. Było naprawdę godne podziwu i zmysłu architektonicznego. Podchodziłem do okna, bo było gorąco jak w saunie, a za chwilę znajdowałem się już na najzimniejszej części naszego globu. Najlepszym zajęciem było spanie, nigdy nie sprawiało tyle frajdy.


Czas na wszystko.

W moim środowisku jestem czasami nazywany człowiekiem mrówką. W wolnym tłumaczeniu oznacza to, że robię wszystko i wszędzie. Wychodzę rano i wracam wieczorem. W czasie choroby byłem raczej człowiekiem, który się nie rusza. Cały czas szukałem porównania i w tamtym okresie nazywałem siebie człowiekiem koalą. Zamiast na drzewie, siedziałem na łóżku i raczyłem się liśćmi*. Zwykłe czytanie książek z gorączką męczyło strasznie, więc wziąłem komputer do łóżka. Długo szukałem odpowiedniego filmu, aż wreszcie postanowiłem 425634 raz zobaczyć Pulp Fiction. Kolejny raz stwierdziłem, że film był cudowny. Co robiłem później? Zgadłeś – spałem.


Pady.

W niedzielę dochodziłem do siebie, ale nie na tyle, żeby wyjść z domu. Współlokator kupił pada. Resztę dnia poświęciliśmy na wciągające granie, co sprawiło, że poczułem się, jakbym znów był w gimnazjum. Co jakiś czas padałem od pada i leżałem bez celu. Dawno jednak nie miałem na tyle czasu, aby bezczelnie marnować czas. Pomimo osłabienia i złego samopoczucia, dziękowałem wirusowi, że się mną zainteresował. Pozwolił zresetować obolałą psychikę i głowę ciężką od obowiązków. Czasami warto jest zachorować i nie robić nic. Nie namawiam do biegania nago po lesie, jedzenia lodów i spania na ławce w parku, ale jeśli złapie już was przeziębienie i nie podniesiecie się z łóżka – korzystajcie, jak możecie najlepiej. Nikt nie będzie miał do was pretensji o bezczynne leżenie i czyste, błogie opierdalanie.



*istnieje alternatywna wersja odbywania choroby, o której mogę napisać w wiadomości prywatnej

Skomentuj







- Copyright © Jakub Jurkiewicz -

Designed by Adam Morawski