11.12.2015
Tydzień temu w nocy
poczułem, że coś jest nie tak. Dosyć dawno nie byłem w takim
stanie, ale już wiedziałem, co się dzieje. Coś, co powszechnie
nazywa się chorobą, zaczęło mnie rozkładać. Problem był jednak
poważniejszy – do trzeciej w nocy musiałem być w pracy.
Trzeba było jeszcze
uporać się z ostatnimi klientami. Bywa z tym różnie. Codziennie
inaczej. Piątek jest straszną losówką. Nie wiesz, co cię
spotka. W ten dzień ludzie pachnieli stajenką. Zdarzyli się też
zawodnicy, którzy chcieli wypić wszystkie piwa lane, jakie mamy.
Skończyli śpiąc na fotelach. Jeden nawet zostawił na podłodze
mokry ślad. A ja powoli zapominałem, jak się nazywam.
Po trzeciej zamówiłem
taksówkę, chociaż mam blisko. Jedyna myśl tamtej nocy przewijała
się co dwie sekundy. Nie była ani błyskotliwa, ani innowacyjna.
Łóżko, to jedyne o czym wtedy myślałem. Każdy mężczyzna wie,
że jak jest chory, to umiera. Tak też właśnie było tym razem.
Spanie.
Na
spaniu spędziłem całą sobotę, z przerwami na łyk wody i
wycieczkę do toalety, po czym szybko wracałem do gniazda, jakie
wcześniej uwiłem z dwóch koców, kołdry i pięciu poduszek. Było
naprawdę godne podziwu i zmysłu architektonicznego. Podchodziłem
do okna, bo było gorąco jak w saunie, a za chwilę znajdowałem się
już na najzimniejszej części naszego globu. Najlepszym zajęciem
było spanie, nigdy nie sprawiało tyle frajdy.
Czas na wszystko.
W
moim środowisku jestem czasami nazywany człowiekiem mrówką.
W wolnym tłumaczeniu oznacza to, że robię wszystko i wszędzie.
Wychodzę rano i wracam wieczorem. W czasie choroby byłem raczej
człowiekiem, który się nie rusza. Cały czas szukałem porównania
i w tamtym okresie nazywałem siebie człowiekiem koalą.
Zamiast na drzewie, siedziałem na łóżku i raczyłem się liśćmi*.
Zwykłe czytanie książek z gorączką męczyło strasznie, więc
wziąłem komputer do łóżka. Długo szukałem odpowiedniego filmu,
aż wreszcie postanowiłem 425634 raz zobaczyć Pulp Fiction. Kolejny
raz stwierdziłem, że film był cudowny. Co robiłem później?
Zgadłeś – spałem.
Pady.
W
niedzielę dochodziłem do siebie, ale nie na tyle, żeby wyjść z
domu. Współlokator kupił pada. Resztę dnia poświęciliśmy na
wciągające granie, co sprawiło, że poczułem się, jakbym znów
był w gimnazjum. Co jakiś czas padałem od pada i leżałem bez
celu. Dawno jednak nie miałem na tyle czasu, aby bezczelnie marnować
czas. Pomimo osłabienia i złego samopoczucia, dziękowałem
wirusowi, że się mną zainteresował. Pozwolił zresetować obolałą
psychikę i głowę ciężką od obowiązków. Czasami warto jest
zachorować i nie robić nic. Nie namawiam do biegania nago po lesie,
jedzenia lodów i spania na ławce w parku, ale jeśli złapie już
was przeziębienie i nie podniesiecie się z łóżka –
korzystajcie, jak możecie najlepiej. Nikt nie będzie miał do was
pretensji o bezczynne leżenie i czyste, błogie opierdalanie.
*istnieje
alternatywna wersja odbywania choroby, o której mogę napisać w
wiadomości prywatnej
