27.03.2016
Kościół zawsze był zimnym miejscem.
Nieważne, ile pieniędzy parafianie uzbierali na ogrzewanie. Wysokie
sklepienia i duża przestrzeń nigdy nie pozwalały na osiągnięcie
temperatury, w której ktoś mógłby powiedzieć o jakimkolwiek
cieple. To charakteryzuje takie miejsca, dodaje im majestatu, powagi
i pełnej świadomości umysłu. Całe ciało mobilizuje się, żeby
stworzyć choć skrawek ciepłej przestrzeni.
W niedzielne poranki i przedpołudnia
patrzyłem przez okno i wyglądałem sąsiadów zmierzających w
jednym kierunku. Starsi wychodzili przed czasem, żeby zająć
miejsca tuż przy ołtarzu. Szli oddzielnie i dostojnie. Niektórzy
pierwszy raz w tygodniu pokonywali tak długą drogę. Siadali obok
koleżanek i kolegów znanych wyłącznie z kościoła. Zawsze byli
ubrani w taki sam sposób, według takiego samego schematu. Jakby na
bazarze stał stragan z napisem ubrania na niedzielę. Zimą bywało
różnie, bo płaszcze chowały skutecznie białe koszule, broszki i
marynarki pamiętające jeszcze, jak kościół był w budowie.
Młodsze pokolenie pokonywało dystans w krótkim czasie, niektórzy
pchali przed sobą wózki z dziećmi, inni szli sami. Z obojętną
miną i papierosem. Niedziela od zawsze była majestatyczna. Zawsze
ogrodzona kościelnymi murami i oblana rosołem.
Nie miałem zegarka, czas odliczałem
kolejnymi klęknięciami i dzwonkami ministrantów. Popychało to
nieruchomą, jak się wtedy wydawało, godzinę. Czytane i śpiewane
słowa od zawsze ten czas spowalniały i rozciągały pomiędzy białe
filary, o które opierali się wierni, których znałem tylko z
widzenia. Zastanawiałem się, czym kierują się osoby
stojące z tyłu. Może zaczęły tam chodzić zbyt
wcześnie, a obrazy liturgii pojawiały się przed ich oczami, nie
dotykając wyobraźni? Chowały się za framugą drzwi, pomimo tego,
że w ławkach zostawały puste miejsca.
Wzrok wszystkich zwrócony był w
stronę ołtarza. Żadnej trudności nie sprawiało mi zgadywanie,
kto tak naprawdę słucha księdza, który swoim zbyt ciepłym i zbyt
wyuczonym głosem mówił, jak do dzieci. Tłumaczył ewangelię, a
wszystko mogłoby się zawrzeć w jednym stwierdzeniu – bądź
dobry dla bliźniego. Rzadko wchodził na tematy polityczne. Teraz
jest inaczej, lokalni księża próbują pouczać i nakłaniać do
zmiany myślenia. To zostaje w głowach wiernych, ale niejednokrotnie
tylko do końca niedzielnej mszy.
Kiedy minęła godzina, zaczynały się
wyścigi do wyjścia. Zapach potu i tanich perfum mieszał się i
wolno, jak wierni opuszczał mury kościoła. Wypatrywało się
znajomych twarzy, żeby zapytać, co na obiad. Zazwyczaj razem z nimi
pokonywało się drogę do domu, życząc spokojnej niedzieli. Polsat
nadawał głupi film z kategorii familijne, a z kuchni dochodził
zapach rosołu. Jeszcze tylko umyć ręce, które dotykały
kościelnych ław pokrytych odciskami kilkuset innych osób.
W święta jest inaczej, dzieje się
więcej. Wszystko jest bardziej chaotyczne, nieznane. Kiedy
przyjeżdżam na nie do rodziców, wspominam typową niedzielę.
Obraz jest niezburzony i nikt nie próbuje na nim nic domalować.
Proste linie, po których poruszają się małe kropki. Niektóre
szybciej, a niektóre wolniej. Wszystkie do jednego miejsca. Z
większą lub mniejszą świadomością tego, co robią.
