Znajdź mnie na Facebooku
27.03.2016





Kościół zawsze był zimnym miejscem. Nieważne, ile pieniędzy parafianie uzbierali na ogrzewanie. Wysokie sklepienia i duża przestrzeń nigdy nie pozwalały na osiągnięcie temperatury, w której ktoś mógłby powiedzieć o jakimkolwiek cieple. To charakteryzuje takie miejsca, dodaje im majestatu, powagi i pełnej świadomości umysłu. Całe ciało mobilizuje się, żeby stworzyć choć skrawek ciepłej przestrzeni.

W niedzielne poranki i przedpołudnia patrzyłem przez okno i wyglądałem sąsiadów zmierzających w jednym kierunku. Starsi wychodzili przed czasem, żeby zająć miejsca tuż przy ołtarzu. Szli oddzielnie i dostojnie. Niektórzy pierwszy raz w tygodniu pokonywali tak długą drogę. Siadali obok koleżanek i kolegów znanych wyłącznie z kościoła. Zawsze byli ubrani w taki sam sposób, według takiego samego schematu. Jakby na bazarze stał stragan z napisem ubrania na niedzielę. Zimą bywało różnie, bo płaszcze chowały skutecznie białe koszule, broszki i marynarki pamiętające jeszcze, jak kościół był w budowie. Młodsze pokolenie pokonywało dystans w krótkim czasie, niektórzy pchali przed sobą wózki z dziećmi, inni szli sami. Z obojętną miną i papierosem. Niedziela od zawsze była majestatyczna. Zawsze ogrodzona kościelnymi murami i oblana rosołem.


Nie miałem zegarka, czas odliczałem kolejnymi klęknięciami i dzwonkami ministrantów. Popychało to nieruchomą, jak się wtedy wydawało, godzinę. Czytane i śpiewane słowa od zawsze ten czas spowalniały i rozciągały pomiędzy białe filary, o które opierali się wierni, których znałem tylko z widzenia. Zastanawiałem się, czym kierują się osoby stojące z tyłu. Może zaczęły tam chodzić zbyt wcześnie, a obrazy liturgii pojawiały się przed ich oczami, nie dotykając wyobraźni? Chowały się za framugą drzwi, pomimo tego, że w ławkach zostawały puste miejsca.

Wzrok wszystkich zwrócony był w stronę ołtarza. Żadnej trudności nie sprawiało mi zgadywanie, kto tak naprawdę słucha księdza, który swoim zbyt ciepłym i zbyt wyuczonym głosem mówił, jak do dzieci. Tłumaczył ewangelię, a wszystko mogłoby się zawrzeć w jednym stwierdzeniu – bądź dobry dla bliźniego. Rzadko wchodził na tematy polityczne. Teraz jest inaczej, lokalni księża próbują pouczać i nakłaniać do zmiany myślenia. To zostaje w głowach wiernych, ale niejednokrotnie tylko do końca niedzielnej mszy.

Kiedy minęła godzina, zaczynały się wyścigi do wyjścia. Zapach potu i tanich perfum mieszał się i wolno, jak wierni opuszczał mury kościoła. Wypatrywało się znajomych twarzy, żeby zapytać, co na obiad. Zazwyczaj razem z nimi pokonywało się drogę do domu, życząc spokojnej niedzieli. Polsat nadawał głupi film z kategorii familijne, a z kuchni dochodził zapach rosołu. Jeszcze tylko umyć ręce, które dotykały kościelnych ław pokrytych odciskami kilkuset innych osób.

W święta jest inaczej, dzieje się więcej. Wszystko jest bardziej chaotyczne, nieznane. Kiedy przyjeżdżam na nie do rodziców, wspominam typową niedzielę. Obraz jest niezburzony i nikt nie próbuje na nim nic domalować. Proste linie, po których poruszają się małe kropki. Niektóre szybciej, a niektóre wolniej. Wszystkie do jednego miejsca. Z większą lub mniejszą świadomością tego, co robią.

Skomentuj







- Copyright © Jakub Jurkiewicz -

Designed by Adam Morawski