28.04.2017
Niedziela. Słońce przedzierało się przez drewniane okna do małego, dusznego pokoju. Woń trawionego alkoholu, gdyby mogła, sama wywietrzyłaby pomieszczenie. Franciszek obrócił się na bok i nawet odgłosy z kuchni nie były go w stanie obudzić. Obok materaca MOSHULT leżały zwinięte w kłębek jeansy, które w nogawkach miały przetarte, czerwone skarpetki. Kieszenie nie zostały opróżnione. Z jednej wystawał iPhone ze zbitym ekranem, paczka zapałek i pogniecione papierosy. Do połowy opróżniona butelka wskazywała na to, że nie dał rady dopić piwa i zasnął. Otworzył prawe oko i już wiedział, że ten dzień nie będzie należał do najlepszych w jego życiu. Bał się zrobić to samo z drugim, ale wysilił powiekę i podniósł ją w taki sposób, jakby był to bardzo złożony proces wymagający sporo silnej woli i wewnętrznej siły.
Jasno. Zbyt jasno. Czuł jak głowa rozpada mu się na miliony małych kawałków i obryzguje wszystkie cztery ściany w pokoju. Ból był tak ogromny, że za każdym razem kiedy wykonywał gwałtowny ruch, musiał mrużyć oczy. W czarnych bokserkach pokonał drogę do łazienki i odkręcił zimną wodę. Nabrał trochę w dłonie i oblał sobie twarz ponownie mrużąc oczy i wciągając z sykiem powietrze.
- Znów było grubo, co? - Zuzia stała z kubkiem w lewej dłoni i opierała się o framugę.
- Zejdź ze mnie! - chciał wykrzyczeć całe zdanie, ale kac pozwolił mu tylko na wyraźniejsze wypowiedzenie pierwszego słowa.
- Tylko się grzecznie zapytałam, palancie! - współlokatorka obróciła się na pięcie i szurając wróciła do kuchni, z której dobiegała woń gotowanej kaszy.
- Gruby miał urodziny i byliśmy na Mariackiej - wymamrotał. - Którą mamy godzinę?
Zuzia miała długie, czarne włosy spięte w kucyk gumką wyglądającą, jak okablowanie do modnych słuchawek. Sprana koszulka wisiała na niej, jak na wieszaku. Była boso, a jeansowe spodenki lekko zachodziły za linię nie najgorszych pośladków. Smartfon wydobywał z siebie dźwięk piosenki, którą każdy znał, ale nie potrafił podać wykonawcy i tytułu.
Rozcięła woreczek z kaszą, wysypując całą zawartość na zielony, duży talerz. Do kuchni wszedł zgarbiony Filip. Średniej długości loki zaczesał na prawo. Były mokre, jakby przed chwilą wylał na nie wiadro wody.
- Gruby miał urodziny i byliśmy na Mariackiej - wymamrotał. - Którą mamy godzinę?
- Pierwszą, ale nie ostatnią! - odpowiedziała Zuzia śmiejąc się z własnego żartu.
- Zajebiście. Dobrze, że za cztery godziny muszę ogarniać.
- Dlaczego?
- Mam randkę.
- Z kim?
- Napisała do mnie na Tinderze dupa, że chce się spotkać. Siedem na dziesięć, więc głupi by nie skorzystał. Obczaj - podał jej telefon, na którym zdążył wpisać jej pseudonim na Instagramie.
- Kiedy wreszcie znajdziesz sobie prawdziwą dziewczynę? Te zdjęcia chuja odzwierciedlają. Wszyscy faceci dają tylko wirtualne serduszka tym podkręconym przez filtry pośladkom myśląc sobie, jak to będzie zajebiście je klepać.
- Zrozumiałaś wreszcie moje myślenie, królowo kaszy.
- Chcesz trochę? - zapytała.
Wywróciła oczami, wzięła talerz i podeszła do płyty indukcyjnej. Drewnianą łyżką nałożyła warzywa na kaszę, z szuflady wyjęła widelec i zaczęła jeść na stojąco.
- Chcesz trochę? - zapytała.
- Prędzej zwymiotuję. - powiedział. Wstał, szybkim ruchem wziął stojącą na kuchennym blacie wodę mineralną i wrócił do pokoju.
- Czołem byku, kopę lat! - Krzyknął wysoki blondyn z lekkim zarostem.
Rzucił się na materac, wziął do ręki telefon. Jedna wiadomość. Patrycja.
„Zaczęłam się już malować XD. Myślisz, że będzie padać?”
Nie wiem, kurwa. Chciałbym żeby tak było. Żeby deszcz zmył ze mnie wszystkie złe rzeczy, których dopuściłem się zeszłej nocy, poranka i wieczora. Żeby istniał taki deszcz, który niweluje kaca i czyni cię nowym człowiekiem. Nienawidzę czuć się, jak szyba czekająca na przystanku nie na autobus, ale na kibola, który odreagowuje na niej przegraną GKSu. Tak naprawdę mam wyjebane na to, czy już zaczęłaś się malować. Równie dobrze możesz skakać teraz z mostu. Umawiam się z tobą, bo zrobiłaś wystarczającą ilość przysiadów, żeby krzywo namalowane brwi nie stanowiły dla mnie żadnego problemu. Dzień dobry, że tak pozwolę sobie skłamać.
Nie wiem, kurwa. Chciałbym żeby tak było. Żeby deszcz zmył ze mnie wszystkie złe rzeczy, których dopuściłem się zeszłej nocy, poranka i wieczora. Żeby istniał taki deszcz, który niweluje kaca i czyni cię nowym człowiekiem. Nienawidzę czuć się, jak szyba czekająca na przystanku nie na autobus, ale na kibola, który odreagowuje na niej przegraną GKSu. Tak naprawdę mam wyjebane na to, czy już zaczęłaś się malować. Równie dobrze możesz skakać teraz z mostu. Umawiam się z tobą, bo zrobiłaś wystarczającą ilość przysiadów, żeby krzywo namalowane brwi nie stanowiły dla mnie żadnego problemu. Dzień dobry, że tak pozwolę sobie skłamać.
Franciszek
Napisaną wiadomość skasował i odpisał Patrycji:
„Widzę, że koleżanka w dobrym nastroju. Będę czekał na przystanku. Z parasolem, w razie, gdyby padało. :))”.
Napisaną wiadomość skasował i odpisał Patrycji:
„Widzę, że koleżanka w dobrym nastroju. Będę czekał na przystanku. Z parasolem, w razie, gdyby padało. :))”.
Wydobył ze spodni papierosy, wziął jednego i szybkim ruchem odpalił. Butelka z niedopitym piwem posłużyła za popielniczkę. Pokój powoli zamienił się w komorę gazową, w której marzył o swojej śmierci.
————————————————————————————————————————
Zbierało się na burzę. Wiatr szybko przemierzał puste ulice zabierając ze sobą lekkie śmieci, niedopałki, ulotki prywatnych szkół i uliczny kurz. Ludzie przyspieszali kroku, łapali się za zwiewane raz po raz czapki i chowali w bramach, sklepikach i knajpach. Niebo nabrało koloru atramentu, a ptaki w amoku obniżały lot, żeby usiąść na parapetach obskurnych okien śląskich kamienic.
Twoja była już tu była. - głosił napis na potykaczu knajpy, w której Franciszek wypił wczoraj ostatniego szota. Popołudniu wyglądała zupełnie inaczej. Goście siorbali przelewową kawę, z głośników leciał smooth jazz, a jeszcze żywe barmanki flirtowały z korpoludkiem w białej koszuli. Nic nie wskazywało na to, że w nocy na schodach wylewało się piwo, gasiło papierosy i spluwało niesmak gorzkiej wódki. Witryna zamiast świecić przegryzionymi jabłkami z MacBooków, świeciła tłustymi włosami nastolatków, którzy świętowali urodziny koleżanki z klasy.
Twoja była już tu była. - głosił napis na potykaczu knajpy, w której Franciszek wypił wczoraj ostatniego szota. Popołudniu wyglądała zupełnie inaczej. Goście siorbali przelewową kawę, z głośników leciał smooth jazz, a jeszcze żywe barmanki flirtowały z korpoludkiem w białej koszuli. Nic nie wskazywało na to, że w nocy na schodach wylewało się piwo, gasiło papierosy i spluwało niesmak gorzkiej wódki. Witryna zamiast świecić przegryzionymi jabłkami z MacBooków, świeciła tłustymi włosami nastolatków, którzy świętowali urodziny koleżanki z klasy.
Widząc napis, Franciszek zmusił się do lekkiego uśmiechu, minął lokal i poszedł w dół ulicy. W jednej ręce trzymał parasol, a w drugiej telefon, w którym próbował znaleźć ulubiony kawałek Cigarette after sex. Nagle poczuł, jak ktoś uderza go w ramię.
- Czołem byku, kopę lat! - Krzyknął wysoki blondyn z lekkim zarostem.
- Chyba godzin. Żyjesz? - Zapytał Franciszek, wyciągając słuchawkę z lewego ucha.
Jeszcze nie umarłem. Kac, jak japierdolę, ale powolutku go leczę. - powiedział i wyciągnął zza koszuli Perłę Export i podał Frankowi. - Gdzie lecisz?
Jeszcze nie umarłem. Kac, jak japierdolę, ale powolutku go leczę. - powiedział i wyciągnął zza koszuli Perłę Export i podał Frankowi. - Gdzie lecisz?
- Tu i tam. Napiszę ci potem, bo to poważna i złożona sprawa. - skłamał i pociągnął solidnie z zielonej butelki.
- W takim razie nie będę cię trzymał, byku! Eloszka! EEEEEEJ, a jak…
Tego już jego rozmówca nie usłyszał, bo słuchawka wróciła z powrotem do ucha. Gruby, a w zasadzie Chudy to barman, którego ksywa wzięła się od tego, że kiedyś był gruby, a teraz jest chudy. Dla niego każda okazja była dobra, żeby się napić. Takie ryzyko zawodowe. Pracował w shotbarze na rogu najbardziej głośnej ulicy w mieście. Z alkoholem potrafił zdziałać cuda, co niejednokrotnie doceniały dziewczyny, do których uśmiechał się, kiedy nalewał do kieliszków fioletowy płyn i ozdabiał bitą śmietaną. Później pił razem z nimi, wychodził na papierosy, a niecierpliwi klienci wychodzili niezaspokojeni głodem ciężkiego alkoholu. To właśnie w shoot’ erze Franek stracił wczoraj dużo pieniędzy i godności. Zawsze tak się kończy, kiedy Gruby polewa. Lubił go za jego bezpośredniość i nieco frywolne podejście do życia, wyglądającego z jego perspektywy jak plac zabaw dla dorosłych.
Blink.
Messenger.
Blink.
Blink.
Patrycja.
„Wsiadłam do trójki.”
„Mam nadzieję, że wziąłeś”
„parasol, bd za 10min. :*”
„Mam nadzieję, że wziąłeś”
„parasol, bd za 10min. :*”
Odczytał, ale nie odpisał. Był już na rynku, usiadł na przystankowej ławce i wsadził ręce do letniej, oliwkowej kurtki. Obserwował, jak wielkie krople deszczu spadają na tory tramwajowe i wypełniają rowki pomiędzy nimi. Starsza kobieta obok niego szukała czegoś w bawełnianej torbie. Głowa bolała nadal, ale mniej intensywnie. Trzy łyki Perły od Grubego zaczynały robić swoje. Cigarettes after sex śpiewał Nothing’s gonna hurt you, baby.
- Pierdolenie. - powiedział, zanim pomyślał, że powiedział.
Kobieta przestała grzebać w torbie, zmierzyła go wzrokiem i przesiadła się na sąsiednią ławkę ze skwaszoną miną.
Trójka powoli wtoczyła się na przystanek.
Ciąg dalszy nastąpi.
