23.11.2013
Codziennie ją mijam.
Stoi nieruchomo na wysokości pierwszego piętra. Specjalnie dla niej
wykonano otwór w ścianie szarego budynku. Ma rozłożone ręce w
geście błogosławieństwa. Wykonana z ciężkiego materiału
pozbawionego koloru. Trochę popękana i brudna. Już nikt na nią
nie patrzy, przestaliśmy spoglądać w górę.
Przechadzając
się niespiesznie starymi ulicami miast, możemy dostrzec naprawdę
dużo. Miejsca, które codziennie mijamy skrywają wiele tajemnic.
Sekret tkwi w naszym podejściu. Nie trudno sobie wyobrazić, że
jest ranek, a naszą głowę przytłaczają myśli o pracy. Pijemy w
biegu drugą kawę. Nie zwracamy uwagi na to, co wokół. Zatracamy
się w sobie i patrzymy w płyty krzywego i zaśmieconego
niedopałkami chodnika. Ludzie mijają nas obojętnie. Spieszymy się.
Brak w nas refleksji. Dlatego przechadzanie najlepiej zostawić na
godziny wieczorne. Zmienić perspektywę.
Wystarczy
odchylić głowę i przyjrzeć się pięknu na starszych od nas
kamienicach. Rozmaite płaskorzeźby przedstawiające sytuacje z
historii ludzkości. W pewnej gliwickiej bramie zauważyłem nawet
rydwan z zaprzęgiem i woźnicą. Nawiązywał on do starożytnego
Egiptu. Inne dzieło przedstawiało kobietę z dzbanem na głowie.
Siadały w nim gołębie. Co tam robiły? Możemy snuć tylko
domysły. Począwszy od płaskorzeźb, a skończywszy na graffiti z
liściem konopi indyjskich. To oferuje nam górna część miejskich
kamienic. Moją uwagę przykuła jednak figurka. Nie pasująca stylem
do reszty. Oddalona od centrum miasta i zwykła.
kuzynka ze wsi
Stoją
na skrajach wiosek, wśród szczerych pół. Pod sklepem. Parę
kroków od wiejskiego kościółka, czy na samym środku ogródka.
Przeważnie kolorowe, inne niż ta w mieście. Mają swoje małe
domki wykonane przez miejscowych artystów. Co jakiś czas ktoś
przychodzi. Wymienia jej kwiaty, podlewa te w doniczkach i zamiata
nagromadzony kurz. Bywa, że tylko się przeżegna, przystanie i
odmówi krótką modlitwę, którą zna od dziecka.
Nikt
nie pamięta, kiedy tutaj zamieszkała. Jest bardzo stara, ale co
jakiś czas ktoś ją pomaluje, zakonserwuje i znów można
przychodzić. Starsze kobiety chodzą do niej w maju, jej miesiącu.
Opierają rowery o drzewa i zapalają świeczki wewnątrz jej małego
domku. Trochę z przyzwyczajenia. Może czasem przypominają sobie,
po co to wszystko.
Stawiane
od bardzo dawna kapliczki symbolizują dziękczynienie za łaski,
które otrzymali mieszkańcy. Pewna historia opowiada o ludności
małej wsi w górach. Oddzielona była od reszty świata mostem. W
czasie wojny obce wojska chciały się do niej dostać. Ludność,
która nie miała szans na przeżycie w starciu z wojskami, zaczynała
modły. Poskutkowały, a most zawalił się tuż przed wojskiem.
Mocno zakorzenione w społeczności opowieści nadal robią niemałe
wrażenie, a na jej cześć powstają nowe kapliczki. Opowieści
nadal się tworzą.
Zwróćmy
teraz uwagę na te sakralne działa. Drewniane, z marmuru, kamienia,
a nawet plastiku. Zawsze kolorowe, jaskrawe i dostrzegalne z daleka.
Najczęściej przy drodze. Nie umiem sobie wyobrazić polskiej wsi
pozbawionej tego elementu architektonicznego, który dodaje uroku i
jest wpisany w tradycję. Czasem przekombinowany i ociekający
kiczem, ale zawsze swój. Z kratowanymi drzwiami zamykanymi na klucz
przez starszą panią. Kapliczka otwierana tylko na sprzątanie i
zmianę kwiatów. Z obawy przed dewastacją, o której w świecie
słyszy się coraz więcej. Wilgotna i porośnięta pleśnią, ciągle
czekająca na renowację. Zabytkowy obiekt kulturowy, który powinien
zostać symbolem polskiej wsi.
Kolejny raz przechodzę obok jej miejskiej kuzynki. Patrzę na kamienną twarz. Jest niewyraźna, spłukana śląskim deszczem. Czasami wydaje mi się, że prosi mnie o przeprowadzkę na wieś, bo tu nikt nie patrzy już do góry.
Kolejny raz przechodzę obok jej miejskiej kuzynki. Patrzę na kamienną twarz. Jest niewyraźna, spłukana śląskim deszczem. Czasami wydaje mi się, że prosi mnie o przeprowadzkę na wieś, bo tu nikt nie patrzy już do góry.
