8.11.2013
Najpierw zapytałem, czy student też może być. Zgodziła się. Pani Ania nosiła czerwoną kamizelkę z logo firmy, w której miałem zostać zatrudniony. Pod spodem t-shirt. Na nogach zwykłe, niebieskie dżinsy. Włosy zafarbowane na blond. Z lekkimi prześwitami naturalnego koloru. Spięte do tyłu w kucyk fioletową frotką. Przestępowała z nogi na nogę i wbiła we mnie wzrok, jakby mnie skanowała. Nikt na nią nie patrzy. Zlewa się z czerwoną półką z papierosami, która stoi za nią.
Dworzec w Katowicach. Wczesnym rankiem przepełniony jest spokojem. Pozornym, bo z
perspektywy studenta, który w przerwie pomiędzy zajęciami
wyskoczył zapytać o pracę. Przed budynkiem nowe ławki służą za
łóżka zmęczonym przybyszom poszukującym szczęścia. I monet.
Drzwi na fotokomórkę otwierają i zamykają się jednocześnie.
Ciągle ktoś wchodzi i wychodzi. Spiesznie i powoli. Pali, kaszle,
pyta o drobne i robi kwaśną minę. Ma garnitur albo zniszczoną
kurtkę. Rozkłada parasol lub przeczesuje ręką włosy, które od
dawna nie miały kontaktu z wodą. Doskonałe miejsce na dostrzeżenie
kontrastu w społeczeństwie.
Pani Ania kazała mi
odłożyć torbę na „zaplecze”. Kiedy wypowiadała to słowo
lekko się uśmiechnęła, bowiem owo „zaplecze” stanowiło
pomieszczenie 2x2. W stosach stały napoje, książki,
słodycze i wszystko to, co można kupić w dworcowym kiosku. Mop i
wiadro do mycia podłogi były nie do kupienia. Położyłem torbę na małym skrawku zaplecza. Wszędzie półki. Zamknąłem czerwone
drzwi, podszedłem do czerwonej kasy i spojrzałem na czerwone tipsy
pani Ani. Rozpoczęła szkolenie.
Najpierw kasa fiskalna.
Dotykowy monitor. Dotyk czasami się zacina. Wtedy trzeba wystukać
kod lub cenę na klawiaturze. W rogu przycisk otwierający
szufladę z pieniędzmi, która znajduje się pod monitorem.
Dołączony do tego pistolet. Celuje się nim w kod kreskowy. Są
tylko dwie rzeczy, w które nie można celować. Gazowana woda
mineralna i mały sok. Nie ma ich w systemie. Obok monitora stoi
następny. Należy on do znanej firmy zajmującej się
grami liczbowymi.
Lewym uchem słucham, co
mówi pani Ania. Co chwilę podchodzą klienci. Przeróżni ludzie.
Jedni domagają się biletów autobusowych, a inni grzecznie o nie
proszą. Każdemu klientowi proponuje się napój, bądź coś do
jedzenia. To jedna z zasad firmy, następną jest uprzejmość mimo
wszystko. Trzeba powiedzieć „Dzień dobry”, „proszę”,
„dziękuję” i ewentualnie „przepraszam”.
W dworcowym kiosku z
gazetami najmniej sprzedaje się gazet. Dominują bilety i
papierosy. Nie można również zapominać o zdrapkach i zakładach.
Uśmiechnięty pan, który podobno przychodzi tu codziennie, próbuje
swojego szczęścia i znów nic nie wygrywa. Kładzie na blat pięć
złotych i czeka na resztę. Następny podaje tylko pani Ani swoją
różowo – białą karteczkę z zakreślonymi liczbami i czeka na
wydrukowanie kuponu. On się nie uśmiecha. Nie odpowiada nawet na
„dzień dobry”.
Jedni rzucali się w oczy, a inni w ogóle. Zdenerwowana starsza pani kupiła wodę. Mężczyzna za nią
prawicową gazetę i prezerwatywy. On też był zdenerwowany. Pewnie
niedługo miał pociąg. Cyganka w jednej ręce trzymała reklamówkę,
a drugą wskazywała papierosy. Za jej cekinową, długą spódnicę
uczepiony był mały chłopiec o ciemnej karnacji.
