3.11.2013
Czasami niby nic się nie dzieje. Wystarczy przelać to na papier, względnie komputer, ażeby zobaczyć, że jednak człowiek codziennie się myli.
Poprawił spodnie, rozglądnął się i poszedł dalej, trzymając
czarną teczkę w zadbanej dłoni. Drogi garnitur miał już swoje
lata, ale nie stracił szyku i elegancji. Zniknął za rogiem
kamienicy i pewnie zastanawia się, czy nikt nie widział jego
potknięcia i upadku na środku chodnika. Zewsząd słychać
tramwaje. Ludzie patrzą przez okna, oglądając ulicę. Niektórzy
mają smutne twarze, a inni czytają. Trzymając żółte rurki,
zastanawiają się nad sensem istnienia i pracą, której nienawidzą.
Głośnik na dachu starego sejczento krzyczy, gdzie można dostać
szybki i nisko oprocentowany kredyt. Pod kolorowym parasolem siedzą,
jak codziennie, mężczyźni. Czekają, aż ktoś kupi obwarzanka.
Coraz rzadziej je sprzedają, bo pobliskie piekarnie oferują więcej
za mniej. W powietrzu czuć spaliny, ktoś kaszle i mówi koledze,
żeby się nie bał – to tylko astma. Popołudnie, centrum miasta.
Ciepły dzień. Jeden z ostatnich dni października.
Rynek zalany robotnikami
w pomarańczowych, brudnych kamizelkach. Jedzą kanapki i czasem
zerkają na przechodzące kobiety. Kiedy już pracują, zdarzy im się
siarczyste „k***a, w lewo!”. Na ich twarzach widać zmęczenie.
Nic w tym dziwnego. Długa i męcząca praca fizyczna potrafi wyssać
całkowicie energię z człowieka. Kwiaciarki palą papierosy i
patrzą na wszystko z daleka. Niektóre czytają gazety, które w
środku zazwyczaj mają program telewizyjny i opisują życie gwiazd
polskich seriali. Mają dużo czasu, nikt nie kupuje kwiatów, chyba
że na groby, bo zbliża się święto. Wieczorem wylewają na ulicę
wodę z wysokich pojemników, w których stały róże. Woda ścieka
po bruku, aż znajduje ujście w jednej z ulicznych studzienek
kanalizacyjnych. Ludzie w drogich garniturach oglądają kwiaciarki i
robotników, gdy czekają na przejściu. Czas mają tylko wtedy, gdy
światło jest czerwone. Bywa, że nie rozmawiają przez smartfony.
Parę kilometrów dalej
ktoś siedzi. Patrzy w dal i łowi ryby. Za składanym krzesełkiem
obszytym materiałem moro, chowa puszkę piwa. Wygląda na
szczęśliwego. Jest starszy, swój garnitur powiesił już w szafie,
smartfona nie musiał zostawiać. Nigdy go nie miał. Zza krzaków
wybiega kobieta w ortalionowym dresie. Z uśmiechem na twarzy zaciąga
się niby świeżym powietrzem. Białe, nowe reeboki niosą ją po
ubitej ścieżce. Siwy kucyk rusza się na boki. Matki ze swoimi
dziećmi spacerują niespiesznie i przesiadują na ławkach, czytając
książki w miękkich okładkach. Wieje lekki wiatr. Z drzew spadają
jesienne liście. Promienie popołudniowego słońca odbijają się
od tafli wody. Staw daje ludziom spokój, wystarczy na niego
spojrzeć. Na brzegach wylano asfalt, który jest trochę popękany i
służy jako ścieżka. Na drugim brzegu ktoś przed kimś klęka. Za
nimi stół z białym obrusem. Na nim szampan i bukiet róż.
Uśmiecham się w duchu i biegnę dalej. Zwykły, październikowy
dzień.