3.03.2014
Sezon powoli nabiera tempa i porusza zastane kości. Ja swój zacząłem ponad dwa tygodnie temu, po trzymiesięcznej abstynencji. Nie ograniczam się dietami i ścisłymi planami. Chcę być od tego wolny. Biegam, bo lubię.Od dwunastu lat rolki, od piętnastu rower, a od półtora roku bieganie. Na początku krótkie dystanse, zadyszka i ciągłe zaczynanie od nowa. Ubranie niedostosowane do pogody i niewygodne, szkolne trampki. Nauczyło mnie to odpowiedniego przygotowania i po paru razach już wiedziałem, jak się ubrać. Śmiałem się z ludzi, którzy w obcisłych strojach i kolorowych butach biegali wokół boiska przy moim bloku. Nadal się z nich śmieję, bo ograniczają się do takiego małego terenu, można poszerzać horyzonty o sąsiednią wioskę, czy las. Ich strój śmieszny już mniej, bo kupiłem podobny. Mam opaskę na telefon, który pokazuje mi kilometry, czas i drogę. Wygoda wygrała nad dziwnym wygladem uciskających, termoaktywnych leginsów zakupionych w Decathlonie. Nikogo to nie dziwi, bo w miejscu, gdzie biegam teraz - Trzy Stawy - każdy wygląda podobnie. Katowice są bardziej profesjonalne. Przynajmniej z pozoru. Wyczuwam lekką więź z innymi biegaczami, chociaż nigdy z nimi nie rozmawiałem. Niektórzy uśmiechają się i machają lub pokazują otwartą dłoń. Długo nie mogłem się do tego przyzwyczaić, bo to śmieszne uczucie, gdy ktoś nieznajomy macha. Teraz sam zaczynam to robić biegnącym naprzeciw.
W tym sporcie najbardziej lubię indywidualizm i rytm, który sam sobie narzucam. Zależy on od nastroju, pogody i widzimisię. Wybieram cel i do niego biegnę. Szybko albo wolno. Kiedy ciało dostaje obrotów, umysł odpoczywa. Myśli nabierają tempa i są bardziej przejrzyste. Mogę przeanalizować dzień i zaplanować następny. Potrzeba tylko chęci, dobrych butów i kawałka przestrzeni, której z czasem będzie przybywać. Co dwa dni robię od siedmiu do dwunastu kilometrów. Ból łydek i prysznic tuż po - są bezcenne.
