Znajdź mnie na Facebooku
13.04.2014

Druga część tekstu o pracy. Pierwszą znajdziecie tutaj.

Piękna pogoda zaczęła najdłuższe wakacje w życiu. Dobrze byłoby pojechać na Woodstock, zwiedzić Polskę i maksymalnie się wyluzować, jak rok temu. - Pomyślałem. Z drugiej strony chciałbym zrobić kurs na prawo jazdy, zarobić na studia i samochód. Może połączyć to wszystko? Znaleźć pracę przyjemną, niemęczącą, z elastycznymi godzinami. Udało się, ale to praca znalazła mnie przez osobę o imieniu Tomek. 

Pierwsze spotkanie odbyło się w Jeleniej Górze. Pojechałem na nie ciemnozielonym pasatem ze znajomymi. Na miejscu przeszliśmy szybkie szkolenie i dostaliśmy potrzebny sprzęt: aparat fotograficzny, PDA (specjalny GPS z wgranym programem), komplet kluczy, kłódki, niebieski kask i trzy pary rękawiczek. Wszystko w kartonowym pudle z IKEA. Pojęcie inwentaryzacji obiektów elektroenergetycznych spółki XXXXXX S.A zaczęło nabierać nieco głębszego sensu.

Nasza pierwsza baza noclegowa znajdowała się w Kamiennej Górze na Dolnym Śląsku. Kilka kolorowych pokoi, urządzonych bez żadnego poczucia estetyki. Dwie łazienki, aneks kuchenny i małe podwórko z tanim grillem. Nowy, letni dom. Małe miasteczko z okolicznymi wioskami było naszym celem inwentaryzacyjnym. Już tłumaczę - chodziliśmy z GPS'em i robiliśmy zdjęcia słupom niskiego napięcia, czyli najmniejszym jakie są. W urządzeniu zapisywaliśmy pozycję obiektu i szliśmy dalej. Po krótkim i praktycznym szkoleniu wszystko robiliśmy sami. Wieczorami, po skończonej robocie, zasiadaliśmy przy wspólnym browarze, czasami dwóch, a nawet pięciu.
 
Kuchnia z prawdziwego zderzenia.
Najlepiej pracowało się w ciepłe dni w biednych wioskach, w których nic się nie dzieje. Początki bywały trudne, bo oswajanie z psami nie należą do przyjemnych. Wiejska filozofia mówi, żeby te mniejsze trzymać na łańcuchu, a te duże niech biegają. Skaczą. Gryzą. Za każdym kolejnym upewniałem się, że takich psów nie da się do siebie przekonać. Glany i gruby kij dodawały mi pewności siebie, na wszelki wypadek. Z ludźmi było podobnie. Dready i podarte spodnie działały na moją niekorzyść, bo wzbudzały zainteresowanie. Duża część osób myślała, że chcę okraść ich dom, ciągnik, krowę lub podeptać kwietniki. Każdej wiejskiej kobiecinie tłumaczyłem, czym się zajmuję i dlaczego robię zdjęcia. Nowsze budynki posiadały złącza w plastikowych i metalowych skrzynkach. Musiałem je otwierać za pomocą kluczy, wyjmować plan, zrobić zdjęcia i wpisać wszystko w PDA. Słuchanie muzyki towarzyszyło mi w tych sytuacjach wraz z zapachami dochodzącymi z obory i pól, na których pasły się owce. W pościgach z psami grałem rolę kiełbasy. Dobrze się o tym pisze, ale kiedy młóciłem nogami zboże, prawie zginąłem w paszczy wiejskich wilków. Cisza, spokój i specyficzny klimat, którego nie znajdziemy w mieście. Ale...
Miasto również dostarczało wrażeń. Poznawałem osiedlowych chłopaków, którzy zachęcali do wspólnego jarania. W domu dowiedziałem się, że podróżowałem po jednej z najciekawszych dzielnic Jeleniej Góry - Pekinie. Na podwórkach i w bramach prowadziłem filozoficzne rozmowy z miejscowymi filozofami, dzieliłem się spostrzeżeniami i drobnymi. Spotykałem również Kacpra, o którym kiedyś pisałem. Kiedy mapa zostawała ukończona, szedłem na bardziej ruchliwą drogę i wystawiałem rękę.
Karpacz, łapanie stopa na Śnieżkę.
Często stawali. Opowiadałem o swojej pracy, oni o swojej. Byli różni. Jeden pan wiózł na targ towar, dlatego stanął już na górce, bo trudno byłoby mu ruszyć pod nią. Jechał załadowanym po sam dach fordem dostawczym i nie przestawał mówić o warzywach. Lubił swoją pracę, a warzywa wiózł do Kamiennej Góry z Wrocławia. Wysadził mnie na skrzyżowaniu, skąd spokojnie mogłem dojść na piechotę do Zacisza, gdzie aktualnie byliśmy zakwaterowani. Następnego dnia najadłem się strachu, z którego później się śmiałem. Leszek, pan około czterdziestki, opowiadał mi o swojej żonie. Pędził drugą generacją golfa sto na godzinę przez wiejską drogę. "To ona rozje***a klapę od silnika, dlatego w każdej chwili może ona odpaść i możemy się rozj***ć". Cudownie.
Najlepsza była Kasia, która myślała, że jadę do Kostrzyna nad Odrą, dlatego zabrała biednego autostopowicza. Przeżyła zawód, kiedy uświadomiłem jej, że się myli. Zaprosiła mnie na before przed Woodstockiem, wzięła mój numer i nie zadzwoniła całą noc. O czwartej zbudził mnie telefon, ale nie odebrałem i tak zakończyliśmy znajomość.
Kamienną Górę, Karpacz, Bolków, Szklarską Porębę i Jelenia Górę znam na pamięć. Opowiedzenie poszczególnych sytuacji zajęłoby dużo czasu. Minione wakacje wspominam bardzo dobrze. Z dala od domu, poznając Polskę i przeżywając rozmaite przygody. Za każdy zinwentaryzowany obiekt firma XXXXX S.A płaciła 1.50zł brutto, a dziennie fotografowało się dwie setki takich. Przyjemne z pożytecznym.


Jelenia Góra.

Skomentuj







- Copyright © Jakub Jurkiewicz -

Designed by Adam Morawski