27.08.2014
O
śmierci
trudno jest pisać. Szczególnie, gdy stracimy kogoś bliskiego. Coś
zostanie w pamięci, coś sobie uświadomię. Najnormalniej w świecie
jest smutno. Nawet jeśli to zwierzę. Towarzysz samotności, który
nigdy nie wypowiedział słowa, tylko słuchał. Nie wiem, czy
cokolwiek rozumiał z ludzkiego bełkotu. Zdechł w niedzielny
wieczór. Pozostawił kilka puszek kociego żarcia drobiowego i
wspomnienia z sierścią osiadłą na ubraniach.
Dwa
lata temu przywiozłem go w wiklinowym koszyku. Był małą, czarną
kulką, która jeszcze nie umiała utrzymać się na nogach. Turlała
się pod meble, bo bała się nowych głosów, głaskań i dziwnej
śliskości drewnianych paneli. Powoli przyzwyczajał się do braku
innych kotów biegających po podwórku i miękkości siana w
stodole, gdzie się urodził. Pierwsze podrapane meble i tapety.
Pierwsze siku do kuwety postawionej w łazience. Pierwsze noce
pomiędzy moimi stopami i pierwsza wspinaczka po firance, aż do
sufitu.
Dobrze
się go obserwowało. Chodził swoimi drogami, a jeśli już
zaczepiał, to prosił o jedzenie. Reagował na dźwięk domofonu i
czekał przy drzwiach, gdy ktoś przekręcał klucz w zamku. Też
obserwował z parapetów i półek zwykłe życie szarych ludzi.
Ostatniej nocy ciężko oddychał. Nikt nie wie, dlaczego. Nawet pani
weterynarz, która oddała pusty transporter dla kotów.
Powiedziałem: znam takie miejsce,
gdzie przychodzą umierać koty.
Zapytałem: chcesz je zobaczyć?
Odpowiedziała: nie chcę.
Powiedziałem: jest czyste i ważne.
Powiedziałem: jest jasne i pierwsze.
Zapytałem: chcesz je zobaczyć?
Odpowiedziała: nie chcę.
Powiedziała to w taki sposób,
że musiałem odwrócić się od niej.
Od tamtej pory
powoli
zbliżam się do wyjścia.
~M. Świetlicki