8.09.2014
Fejm
nie jest dla mnie, dlatego się nie odzywałem. Żartuję, to
lenistwo. Piję właśnie kawę, co natchnęło mnie do napisania o
ciekawym miejscu, do którego od tygodnia namiętnie jeżdżę.
Więcej szczegółów poniżej.
Od
tygodnia pracuję w pewnym miejscu. Wygląda trochę, jak fabryka
narkotyków, co niekoniecznie mija się z prawdą. Magazyn leków,
którego nazwy nie mogę podać z przyczyn prawnych, znajduje się w
Katowicach. Spędza mi sen z powiek już o piątej rano, kiedy w
pośpiechu wstaję i oblewam twarz zimną wodą. Nalewam do czajnika
wodę i siadam na taborecie w kuchni, zastanawiając się, co zjem na
szybkie śniadanie. Lodówka proponuje mi jogurt i jogurt. Czasami
jest to jabłko, rzadko coś wymagającego dłuższego przygotowania.
Kiedy woda się zagotuję, zalewam sypaną kawę i wdycham nozdrzami
ten pobudzający zapach. Później kosztuję, zawsze jest zbyt
gorąca.
Wprowadzam
rower do windy z lustrem, gdzie mam szesnaście pięter na zrobienie
fryzury. W piątek powitał mnie tam zapach i widok psiego moczu.
Biedny piesek nie zdążył i zlał się w miejsce, gdzie musiałem
postawić przednie koło. Trudno, to koło widziało już gorsze
rzeczy. Dwadzieścia minut na świeżym, zimnym powietrzu wystarcza,
aby dostatecznie się rozbudzić, a omijanie dziur w drodze podwaja
koncentrację, która zazwyczaj sięga zera.
Moje
odpowiedzialne zadania polegają na przeglądaniu pojemników z
europalet w celu wyrzucenia z nich ewentualnych recept i gumek
recepturek. Na każdej palecie ma znaleźć się sześć stosów po
dwadzieścia trzy pojemniki. Zawożę je później paleciakiem na
maszynę, która transportuje je do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie
coś dzieje się z nimi dalej. Zazwyczaj trwa to osiem godzin i jest
monotonne. Potęguje to fakt, że pojemnikowy plastik jest szary, jak
papier toaletowy.
Kilka
dni temu awansowałem na operatora prasy. Wrzucam zalegające na
rampie kartony do kontenera, który zgniata je w małe kosteczki.
Recykling pełną parą. Nigdy nie liczyłem, ile ton kartonu
przechodzi przez moje pocięte papierem ręce, ale obiecuję - kiedyś
to zrobię. To byłoby wszystko, gdyby nie liczyć pięciominutowych
przerw, na które wychodzi się przez bramki podobne do tych z
warszawskiego metra. Przykłada się elektromagnetyczną kartę do
czytnika i czeka na zielone światło. Mechanizm puszcza, można
popchnąć metalową rurkę i przechodzić.
Jedyną
rozrywką jest papieros palony na krawężniku i tępe patrzenie na
niewiadomonaco. Do tego należy doliczyć odczuwanie na całym ciele
zakwasów i utratę cennych minut. Wreszcie powrót do swoich
obowiązków, które po dłuższym czasie stają się rutyną.
Ale
można myśleć i układać w głowie wiersze.
Ale
da się odszukać plusy w tym wszystkim.
Ale
da się zarobić.
Takie lekarstwo w magazynie lekarstw.
Ziemia
nosi mnie jeszcze łaskawie.
