Znajdź mnie na Facebooku
9.08.2014

Staję na balkonie. Trzeci raz z rzędu. Za każdym razem pociągam łyk wody z lodem. W wieżowcu naprzeciwko kobieta w średnim wieku wiesza pranie. Nie widzę wyraźnie jej twarzy, ale bez trudu mogę policzyć, na którym piętrze mieszka. Ciekawe, czy kiedyś myślała, żeby skoczyć. Wziąć kuchenny taboret i użyć go jako jednego z dwóch schodków. Drugim byłaby niska, biała barierka pokryta ciemnobrązową rdzą.


Z góry widzę więcej. Dostrzegam drogi, które przemierzam codziennie w poszukiwaniu szczęścia. Mijam niewyspanych ludzi, którzy zapomnieli już po co i dla kogo idą tym asfaltowym chodnikiem. Ławki są jak przystanki, miejsce spotkań z podobnymi do nich. Ze starymi sąsiadami, opowiadającymi o osiedlowych chuliganach. Znowu przewrócili młode drzewka. Niektóre miejsca zajęte przez bezdomnych alkoholików, wąchającymi stare jedzenie. Jeden z nich nie widział nic przez zapuchnięte oczy. Do stwierdzenia świeżości musi wystarczać mu tylko czerwony nos i dotyk. Ręce spękane i pokaleczone od ostrych puszek z wczorajszą rybą.
Mijam ich codziennie. Muszę chodzić asfaltowym chodnikiem z zieloną torbą na ramieniu. Zawsze w jedną stronę, w stronę darmowego wifi, bo w mieszkaniu jeszcze nie założyli Internetu. Oglądam ludzi. Jednostki i grupy, które połączyły się niechcący przy czekaniu na zielone światło. W upalne dni mają charakterystyczny zapach. Zapach spracowanych tłumów, których pot łączy się w jedno. Każdy może dodać coś od siebie. Jakby nad nimi unosił się swąd gotowanych potraw, których świeżość nie należałaby do pierwszych, a smak nie przypominałby żadnego, które są znane. Smak dużego miasta.
Oferty pracy są podobne. Wszyscy chcą z doświadczeniem. Nikt doświadczenia nie ma, bo każdy chce z doświadczeniem. Niekończący się ciąg narkotycznych poszukiwań, narkotyku XXI wieku, pieniędzy. Mimo wszystko wysyłam CV z niekorzystnym zdjęciem, zrobionym do dowodu dwa lata temu. Dowodu na to, że wchodzę nieświadomie w świat dorosłych dzieci, którym wydaje się, że mogą. Mogą wszystko. To mija. Po dwóch, trzech latach. Później się ich nie liczy, nie ma potrzeby.


W portfelu mam niewiele. Dwa pięćdziesiąt osiem, legitymację studencką, kartę do bankomatu i dowód. Ten, na który czekałem dwa lata temu, żeby pierwszy raz legalnie napić się taniego piwa z lodówki. Młodemu człowiekowi wydawało się wtedy, że to jest dorosłość. Dorosłością jest palenie papierosa na szesnastym piętrze z ramionami rzuconymi na barierkę i marzenie o tym, żeby kobieta odpowiedzialna za nowych, odpisała na wysłane wczesnym rankiem curriculum vitae. Przebiegum życiae.

Skomentuj







- Copyright © Jakub Jurkiewicz -

Designed by Adam Morawski