9.08.2014
Staję
na balkonie. Trzeci raz z rzędu. Za każdym razem pociągam łyk
wody z lodem. W wieżowcu naprzeciwko kobieta w średnim wieku wiesza
pranie. Nie widzę wyraźnie jej twarzy, ale bez trudu mogę
policzyć, na którym piętrze mieszka. Ciekawe, czy kiedyś myślała,
żeby skoczyć. Wziąć kuchenny taboret i użyć go jako jednego z
dwóch schodków. Drugim byłaby niska, biała barierka pokryta
ciemnobrązową rdzą.
Z
góry widzę więcej. Dostrzegam drogi, które przemierzam codziennie
w poszukiwaniu szczęścia. Mijam niewyspanych ludzi, którzy
zapomnieli już po co i dla kogo idą tym asfaltowym chodnikiem.
Ławki są jak przystanki, miejsce spotkań z podobnymi do nich. Ze
starymi sąsiadami, opowiadającymi o osiedlowych chuliganach. Znowu
przewrócili młode drzewka. Niektóre miejsca zajęte przez
bezdomnych alkoholików, wąchającymi stare jedzenie. Jeden z nich
nie widział nic przez zapuchnięte oczy. Do stwierdzenia świeżości
musi wystarczać mu tylko czerwony nos i dotyk. Ręce spękane i
pokaleczone od ostrych puszek z wczorajszą rybą.
Mijam
ich codziennie. Muszę chodzić asfaltowym chodnikiem z zieloną
torbą na ramieniu. Zawsze w jedną stronę, w stronę darmowego
wifi, bo w mieszkaniu jeszcze nie założyli Internetu. Oglądam
ludzi. Jednostki i grupy, które połączyły się niechcący przy
czekaniu na zielone światło. W upalne dni mają charakterystyczny
zapach. Zapach spracowanych tłumów, których pot łączy się w
jedno. Każdy może dodać coś od siebie. Jakby nad nimi unosił się
swąd gotowanych potraw, których świeżość nie należałaby do
pierwszych, a smak nie przypominałby żadnego, które są znane.
Smak dużego miasta.
Oferty
pracy są podobne. Wszyscy chcą z doświadczeniem. Nikt
doświadczenia nie ma, bo każdy chce z doświadczeniem. Niekończący
się ciąg narkotycznych poszukiwań, narkotyku XXI wieku, pieniędzy.
Mimo wszystko wysyłam CV z niekorzystnym zdjęciem, zrobionym do
dowodu dwa lata temu. Dowodu na to, że wchodzę nieświadomie w
świat dorosłych dzieci, którym wydaje się, że mogą. Mogą
wszystko. To mija. Po dwóch, trzech latach. Później się ich nie
liczy, nie ma potrzeby.
W
portfelu mam niewiele. Dwa pięćdziesiąt osiem, legitymację
studencką, kartę do bankomatu i dowód. Ten, na który czekałem
dwa lata temu, żeby pierwszy raz legalnie napić się taniego piwa z
lodówki. Młodemu człowiekowi wydawało się wtedy, że to jest
dorosłość. Dorosłością jest palenie papierosa na szesnastym
piętrze z ramionami rzuconymi na barierkę i marzenie o tym, żeby
kobieta odpowiedzialna za nowych, odpisała na wysłane wczesnym
rankiem curriculum vitae. Przebiegum życiae.