31.12.2014
Studenckie
życie, jak wiecie, nie rozpieszcza. Postanowiłem więc wstrzyknąć
sobie gotówkę dożylnie i sprzedałem swój stary telefon.
Chodziłem od punktu do punktu, ale nikt Lumii z wadą nie chciał.
Ten telefon składał się z samych wad, jednakże służył mi
wiernie przez półtora roku. Gdyby zliczyć wszystkie zawieszenia,
to może rok. Kupił go Łukasz i powiedział, że zrobią i
sprzedadzą. Dostałem stówę, za którą zamierzam się dzisiaj
bawić.
Spieszyłem
się. Jak na złość, dwie panie chciały ze mną zrobić ankietę,
trzech facetów zapytało o szluga, a autobus z niewiadomych przyczyn
jechał 20km/h. Obok choinki przy dworcu nie spotkałem pana Janusza,
tylko jego znajomego. Leżał pod schodami i zbierała go policja w
niebieskich, lateksowych rękawiczkach.
Później
stówą zapłaciłem za Politykę i bilet powrotny. Byłem na
rozmowie o pracę, nadal czekam na odpowiedź. Ze smutku i bezrobocia
kupiłem żarcie w McDonald's i usiadłem obok pewnej
dziewczyny. Dzielił nas jedno barowe krzesło przytwierdzone trwale
do płytek podłogowych. Jedliśmy przy akompaniamencie słabych
piosenek z głośników tej wykwintnej restauracji. Może na mnie
spoglądała, może nie. Jedno jest pewne. Wstała, wzięła swoją
niebieską, plastikową tackę, a pod nią zostawiła kartkę. Nie
spieszyłem się, bo porywczy nie jestem. Zostawiła mi swój numer
telefonu.
Stałem
w dziesięciostopniowym mrozie na peronie, dopijałem kawę z
tekturowego kubka i patrzyłem w przód. Na stacji zatrzymało się
Pendolino.
Przez okno widziałem biznesmenów z komputerami, w garniturach i
kawą ze starbaksa.
Za chwilę widok zasłonił mi towarowy z maszynistą jedzącym
sałatkę. Miał kaszkiet z napisem PKP i machał dzieciom. Możesz
pomyśleć, że nic się nie działo, ale innego końca świata nie
będzie. A może to tylko koniec roku.
