27.12.2014
Miałem chwilę wolnego
czasu, więc zacząłem szukać czegoś zajmującego na wieczór. Nie
ukrywam, jestem fanem seriali, więc wybrałem Watahę.
BUM!!!
Na początku zaskoczenie.
Niebanalna sceneria polskich Bieszczad i zimny klimat, który
utrzymywał się do ostatniej minuty ostatniego odcinka. W pierwszych
momentach serialu wielki wybuch, w którym ginie sporo osób i ten
esemes. Na starą nokię. Strażnik graniczny budzi się w szpitalu
pod czujnym okiem swojego najlepszego kumpla. Co się stało? Nikt
nie przeżył?
Okiem zwykłego
człowieka, który nie zna się na filmach, zauważyłem, że
inspirację przeniesiono żywcem ze skandynawskich produkcji. Góry,
małe domki, ciepłe swetry, stare samochody i intryga uknuta wśród
drzew. Morderstwo popełnione po cichu, a nie przy akompaniamencie bomb masowego rażenia,
granatów, maszynowych pistoletów i latających statków
kosmicznych.
Emocje bohaterów
zgrywają się z tłem. Każdy jest tu indywidualny, ma swoją własną
ścieżkę, przez którą idzie. Nie brakuje też miejsca na życiową
filozofię wplecioną w różne wątki. Serial o polskich
funkcjonariuszach straży granicznej. Jeszcze nigdy nie widziałem
czegoś podobnego, chociaż można dopatrywać się pewnych powiązań
z „Gliną”, „Pitbullem”, czy „Krwią z krwi”. Mgła,
dzikie zwierzęta, rwące strumyki i krajobrazy wreszcie pozbawione
dzikiej Warszawy, dużego miasta, skorumpowanych gliniarzy i
biznesmenów w czarnych beemkach. Tutaj wszystko dzieje się wolniej
i jakoś lepiej.
Jeżeli miałbym
dopatrywać się minusów - od początku wiedziałem, kto stoi za
zbrodniami, a scenarzysta pokazuje nam to dopiero w ostatnim odcinku.
Serial ma wiele wątków, a tutaj zauważyłem tylko kilka, niewiele
znaczących. Brakowało mi głębszego poznania głównych bohaterów. Leszech Lichota gra Wiktora Rebrowa, bieszczadzkiego twardziela, który na końcu... no właśnie. Niedokończony wątek,
a serial mógłby zdobyć się na dwa kolejne sezony. Za szybko się
kończy i pozostawia wiele niepotrzebnych pytań. Ale i tak brawa dla
Polski. Oby to była serialowa rewolucja.
